Wystawa wspomnieńBibułą walczyłem z komuną. Doniosła na mnie nauczycielka

Bibułą walczyłem z komuną. Doniosła na mnie nauczycielka

Książki i broszury podziemne z lat 80-tych
Książki i broszury podziemne z lat 80-tych / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano
O mojej aktywności wiedzieli także niektórzy przełożeni, również ci partyjni. Nieraz się zdarzyło, że pytali czy nie mam przypadkiem jakiegoś poszukiwanego przez nich tytułu.

W czas próby charakteru i ideowości wchodziłem stopniowo. Najpierw tylko czytanie tego, co wpadło w ręce z drugiego obiegu, potem kserowanie i udostępnianie innym. Prawda, samo nie wpadło – potrzebne były starania „bo chcę wiedzieć, bo lubię wiedzieć”. Czyli pytania: Kto ma? Czy mi zaufa? Kiedy udostępni? Na ile dni? Komu ja mogę zaufać? Jak nie zdradzić się tą ryzykowną aktywnością przed najbliższymi? Skąd wziąć pieniądze na tak częste kserowanie i introligatorską oprawę? Jak uspokajać tych, co ryzykując kserują? Na szczęście wtedy już byłem po ożenku, ale jeszcze bez potomstwa, więc nie zabierałem z tego, co dla dzieci, jednak dochody ówczesnego asystenta nie szokowały swoją wysokością. A co zrobię, gdy wpadnę? Kto mnie wybroni? Rektor? Dziekan? Wątpliwe. Koledzy? Hmmm, tylko jeden mnie ostrzegł: „Bądź bardziej ostrożny; gdy ja wpadnę mam za sobą KOR-owców, którzy sprawę nagłośnią i mi pomogą. Trudno będzie ich do tego samego przekonać, gdy ty wpadniesz”.

A potem nastał sierpień, poprzedzony narodzinami córki i zaraz potem przeprowadzka z Katowic na niedaleką ojcowiznę. No i euforia zwycięstwa jednych - przy rezerwie Żony i Rodziców obawiających się, co z tego wszystkiego dobrego wyniknie. Pamięć o przeżyciach wojennych i późniejszych zostawiła w psychice Rodziców bolesne ślady. Cóż, musiałem się stać bardziej tajemniczy, zakonspirowany i rozważny, by nie przysparzać im zmartwień oraz strachu o przyszłość moją i dopiero co założonej rodziny.

Czytaj także:
Prześlij nam swoje wspomnienia ze stanu wojennego!

Potem, przez czas radosnych kilkunastu miesięcy, ryzyko publicznej aktywności na rzecz „Pięknej Panny S” gdzieś się zapodziało. Pojawiło się znowu w pamiętną grudniową noc. A wraz z nią szok, bezradność, obawy, niedowierzanie, wrogość. I ta nieufność wobec tych po drugiej stronie. Także wobec kolegów inaczej patrzących, inaczej oceniających to, co było i co się właśnie stało.

Dla mnie rozpoczął się wtedy czas skrywanej przed najbliższymi aktywności. Jakiej? Zbiórka pieniędzy wśród zaufanych – z pracy i z sąsiedztwa – dla rodzin tych skazanych, którzy strajkowali na kopalni „Piast” i „Ziemowit”, dla internowanych z FIAT-a. Czasem udało się uzbierać dość sporo. Wszystko jednak poza oficjalnymi strukturami podziemnej „Solidarności”. Dlaczego tak? Wiedziałem, że gdy wpadnę, to nie pociągnę za sobą nikogo innego. Przeczuwałem, że podziemie jest infiltrowane przez SB. Działając w pojedynkę miałem świadomość, że dla SB jestem nikim. Ot, szary obywatel, ideowiec. A poza tym, ilu musiałoby ich wszystkich być na jawnym i ukrytym etacie, żeby móc śledzić takich jak ja? Nie byłem w tym trudnym okresie namierzony.

Sens dalszej utajnionej przed wieloma aktywności widziałem w kolportowaniu podziemnych wydawnictw, ulotek, wspieraniu podziemia zakupem tzw. cegiełek: znaczków, kopert, emblematów, pocztówek itp. Jeden egzemplarz dla mnie, a reszta w dalszy obieg, do zainteresowanych „wolnym słowem”. Do dzisiaj patrzę z uśmiechem na gabloty z ponad pięćset książkami, niemal dwustoma różnymi tytułami czasopism i setkami znaczków – widomy, materialny dowód dania świadectwa oddania idei „Solidarności”. Ktoś o tym wie? Tak, ci, u których przetrzymywałem to, co gromadziłem i kolportowałem. Byłem poza strukturami, więc oficjele nie wiedzieli i nie wiedzą. Wiedzieli też ci, którym pożyczałem i ci, którzy kupowali to, co przywoziłem z Krakowa, Warszawy, Katowic, Wrocławia. Wśród nich, stali odbiorcy, niestety już nieżyjący redaktorzy śląskiej prasy: Feliks Netz, Jan F. Lewandowski, Michał Smolorz i żyjący zacny p. Włodzimierz Paźniewski. Takim miejscem przekazywania była np. redakcja „Katolika” przy ul. 3-Maja w Katowicach.

O dziwo, w co wielu powątpiewa, wiedzieli o mojej aktywności także niektórzy przełożeni, również ci partyjni. Nieraz się zdarzyło, że osobiście lub wysyłając umyślnego, pytali czy nie mam przypadkiem jakiegoś poszukiwanego przez nich tytułu. Nie zakapowali, a mogli. Tylko raz zadrżałem, gdy powiedziałem ówczesnej przełożonej na Wydziale, że w podziemnej „Arce” ukazał się obszerny tekst, w którym autor powoływał się na jej badania. „Ach, jaka będę wdzięczna, gdy mi pan doktor pozwoli to sobie przeczytać”. Przyniosłem, by za chwilę być świadkiem wybuchu złości: skąd ja to mam, gdzie tu kupiłem itp. Okazało się, że te badania przeprowadzono dla potrzeb Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Obawiała się, że władza może ją podejrzewać o przekazanie tych materiałów autorowi. A raz mój bezpośredni przełożony, prof. M. J., zarazem pierwszy sekretarz na wydziale, zawezwał mnie do gabinetu i poprosił, bym na jakiś czas zaniechał tego, co robię, bo kanałami partyjnymi doszły do niego sygnały z SB, że za bardzo sobie pozwalam. To on był najpewniej jednym z moich dobrych Aniołów Stróży – do dzisiaj mam go w dobrej pamięci. Drugim był p. Z., sekretarz POP, emerytowany wojskowy, szef lokalnych struktur PZPR-u w moim rodzinnym mieście. Też do niego doszła wiadomość o tym, czym się trudnię – także on poprosił, by na jakiś czas zaniechać aktywności, bo pytano o mnie; ale bym też absolutnie nie wdawał się w jakiekolwiek rozmowy z moim dalszym sąsiadem, taksówkarzem. „Tylko dzień dobry i koniec” – wiedziałem, co to może znaczyć.

Gdy zaistniała możliwość zajrzenia do swoich akt skorzystałem z tego. Wtedy okazało się, kto mnie zakablował. Status „pokrzywdzonego” otrzymałem 13.6 2005 r., o czym zresztą też przeczytałem w „Głosie” Macierewicza. Kilka miesięcy później, 8 marca 2006 r. przynoszą mi do czytelni IPN-u teczkę z napisem „Kuracjusz”, nr ewidencyjny 63251. Hmmm, ja „Kuracjusz”? A jednak. Gdy jechałem w lutym 1986 r. do Sanatorium Nauczycielskiego w Szczawnicy, zabrałem ze sobą podręczną bibliotekę. Nie ukrywałem, co przywiozłem. Wśród czytelniczek była też TW, pamiętam tylko jej imię, Krystyna i była nauczycielką w jakiejś szkole w Sosnowcu. Po powrocie do Częstochowy, gdzie mieszkała, złożyła raport ze mną w roli głównej, ale na tamto grono nauczycielskie też donosiła. To była podstawa do rozpoczęcia śledzenia. Na szczęście powoli, powoli zbliżała się polityczna odwilż, więc moja aktywność kolporterska już nie była dużym zagrożeniem. Zapewne byłem „za cieńki”, by zbytnio się miało SB przejmować tym, z kim się kontaktuje i co rozpowszechnia niżej podpisany.

Jan Czempas

Zapraszamy do dzielenia się wspomnieniami ze stanu wojennego. Teksty można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl

 0