Wystawa wspomnieńWspomnienia z „niewłaściwej strony barykady”. Stan wojenny w LWP

Wspomnienia z „niewłaściwej strony barykady”. Stan wojenny w LWP

Żołnierze 6. Dywizji Powietrznodesantowej LWP podczas ćwiczeń
Żołnierze 6. Dywizji Powietrznodesantowej LWP podczas ćwiczeń / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano
Wspominam ten okres jak koszmarny sen. Z goryczą także myślę o tym, że nie z własnej woli przypadło mi w tym szczególnym czasie miejsce po niewłaściwej stronie barykady

Chciałbym podzielić się swoimi wspomnieniami i odczuciami z tamtego okresu. Służyłem wtedy w wojsku jako żołnierz zawodowy w stopniu kapitana, a więc byłem niejako po drugiej strony barykady w zmaganiach z „komuną”.

Byłem kwatermistrzem – zastępcą dowódcy 36 pułku artylerii. Kwatermistrzowanie w tym czasie nie było łatwe z uwagi na panujący głęboki kryzys gospodarczy, który dotykał także armii. Pułk wchodził organizacyjnie w skład nieistniejącej już 20 Dywizji Pancernej z dowództwem w Szczecinku i stacjonował w Budowie koło Złocieńca.

Stanowisko kwatermistrza objąłem po niedawno ukończonej zagranicznej akademii wojskowej w gorących dniach Sierpnia 1980 roku. W końcu lutego następnego roku ożeniłem się. Wzięliśmy tylko ślub cywilny, a po nim jak zwykle w takich przypadkach odbyła się uroczystość weselna. Podczas niej jeden z moich weselnych gości, przyjaciel z czasów podchorążackich, wręczył mi metalowy znaczek z logo „Solidarności”. Gdybym przypiął go do klapy munduru, w którym wtedy występowałem, na pewno nie ominęły by mnie surowe konsekwencje, być może do wydalenia ze służby wojskowej włącznie. Na weselu byli także oficerowie z dowództwa jednostki a i władza w tym czasie już bardzo histerycznie reagowała na wszystko, co wiązało się z tym ruchem związkowym. W wojsku szczególnie różnej maści „politrucy”, przejawiając nadmierną aktywność, węszyli i tropili wszelkiego rodzaju ideologiczną niesubordynację. Znaczek zatem ukradkiem schowałem do kieszeni mundurowej marynarki i przez wiele lat tam go nosiłem. Do dzisiaj stanowi on dla mnie szczególnego rodzaju pamiątkę.

Czytaj także:
Prześlij nam swoje wspomnienia ze stanu wojennego!

Po ślubie zamieszkaliśmy w kwaterunkowym mieszkaniu na osiedlu znajdującym się w pobliżu jednostki wojskowej. Jesień w mojej jednostce i w pozostałych jednostkach dywizji przebiegała pod znakiem przygotowań do wykonania zadań pod tajemniczo brzmiącym kryptonimem „Elaborat”.

12 grudnia 1981 roku późnym wieczorem po skromnej imieninowej kolacji do drzwi zastukał żołnierz-łącznik, który przybył z informacją o konieczności mojego natychmiastowego przybycia do jednostki. Było to próbne sprawdzenie łączności i nie zrobiło ono na mnie większego wrażenia, gdyż od dłuższego już czasu trwał stan podwyższonej gotowości, a odprawy dotyczące ewentualnego wymarszu odbywały się bardzo często. Że „coś się święci” wiadomo było od dawna.

Wróciwszy z odprawy położyłem się do łóżka i niemal natychmiast zasnąłem. Sen nie trwał jednak długo. Około drugiej w nocy ogłoszono alarm bojowy. Niezwłocznie udałem się do koszar. Jednostka nasza otrzymała zadanie przegrupowania się w okolice Bydgoszczy. Dowódca zezwolił na krótki powrót do naszych domów, żeby zabrać jeszcze niezbędne rzeczy. W ciągu nocy rozeszła się wśród rodzin wieść, ze dzieje się coś szczególnego. Żona, która była już w zaawansowanej ciąży, cała zatrwożona i ze łzami w oczach przywitała mnie w progu naszego mieszkania. Zabrałem potrzebne przybory oraz drobiazgi i pożegnawszy się z nią wróciłem pospiesznie do jednostki. Tam ogłoszono komunikat, że o szóstej rano będzie transmitowane w telewizji ważne oświadczenie generała Wojciecha Jaruzelskiego, którego bezwzględnie należy wysłuchać. Jaruzelski, przemawiając beznamiętnym głosem i układając usta w charakterystyczny grymas, w końcowej fazie wystąpienia, stwierdził: „Rada Państwa w zgodzie z postanowieniami Konstytucji postanowiła z dniem 13 grudnia 1981 roku wprowadzić stan wojenny na całym terytorium Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej”.

„Stan wojenny”- kołatało się po głowie to nieznane dotąd określenie budząc szok i niepokój. „Co teraz będzie?”- bez przerwy dudniło w myślach jak echo to pytanie. Nie było do końca jasne, co się pod tym pojęciem kryje. Grunt jakby osuwał się spod nóg. Przegrupowanie jednostki „na kołach” trwało prawie cały dzień, głównie ze względu na niski stopień sprawności technicznej pojazdów i sprzętu.

Po drodze okoliczni mieszkańcy przyglądali się naszemu przegrupowaniu z zaciekawieniem, ale przede wszystkim z zatrwożeniem. Pod wieczór przybyliśmy w wyznaczony rejon rozlokowania. Był to jakiś podbydgoski las, którego dokładnej lokalizacji dziś już nie pamiętam. W tym lesie spędziliśmy dwie doby. Mocno dokuczał mróz, a szczególnie koszmarne były noce. Dopiero na trzeci dzień podjęto decyzję o rozlokowaniu jednostki w pobliskiej szkole w Łochowie. Żołnierze byli tak wymęczeni, że zdecydowana większość z nich nawet nie przyszła na kolację – o tej porze już spali kamiennym snem. Warunki bytowania w szkole były znośne, a porównaniu z lasem, powiedziałbym, że wręcz komfortowe.

Na szczęście przez cały okres pobytu w Łochowie nie byliśmy bezpośrednio zaangażowani do żadnej „akcji”. Zdążyliśmy się nawet zżyć z jego mieszkańcami. Pod nadzorem szefa saperów żołnierze naprawili przyszkolny płot, a pułkowy lekarz, kapitan Tadeusz Gola (obecnie lekarz szpitala uzdrowiskowego w Ciechocinku) udzielał porad medycznych łochowianom. Z pobytu w tej miejscowości najsmutniej wspominam chwile, gdy trzeba było spędzić wigilię z dala od rodziny nawet bez tradycyjnego opłatka i choinki. Również tam powitaliśmy Nowy Rok.

Po powrocie na początku stycznia do koszar niemal natychmiast wyruszyliśmy na szkolenie na poligonie drawskim. Naszej jednostce przypadło na miejsce zakwaterowania obozowisko Głębokie. Miejscowy hotel-internat, standardowo przeznaczony dla zamieszkania przez kadrę w trakcie pobytu na poligonie, tym razem był zajęty przez innych „lokatorów”. Byli nimi internowani prominentni działacze partyjni minionego okresu z Edwardem Gierkiem na czele. Razem z nim byli tam: Piotr Jaroszewicz, Zdzisław Grudzień (zmarł tam), Jerzy Zasada i wielu innych. Wiedzieliśmy także, że w pobliskim Jaworzu byli internowani czołowi działacze „Solidarności”.

Po powrocie jednostki z poligonu do koszar wojskowe życie toczyło się w miarę normalnym tokiem. Jednak ogłoszone przez działające w podziemiu struktury „Solidarności” hasło „zima wasza, wiosna nasza” zmuszało władze do czujności. Mimo to wiosna minęła spokojnie. Gorąco natomiast zapowiadała się jesień. W związku ze strajkami w Stoczni Gdańskiej, podjęto decyzje, które nie ominęły wojska i także naszej jednostki. Kadra oficerska została oddelegowana do Trójmiasta, do różnych zakładów produkcyjnych. Zakwaterowani byliśmy w opustoszałym i wyziębionym już o tej porze roku wojskowym domu wypoczynkowym w Sopocie.

Otrzymałem „przydział” do podlegającego Dyrekcji Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego w Gdańsku zakładu naprawy sprzętu komunikacyjnego, remontującego miedzy innymi autobusy marki „Berliet”, produkowane na licencji francuskiej. W czasie pobytu w zakładzie miałem okazję zapoznać się z finezyjnymi rozwiązaniami konstrukcyjnymi tego autobusu, niestety nijak nie przystającymi do naszych warunków komunikacyjnych. Zasadniczym celem naszej obecności w zakładach pracy było zademonstrowanie, że władza „czuwa” i „socjalizmu będzie bronić jak niepodległości”.

11 listopada, w 64. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości w kościele mariackim w Gdańsku odprawiona została msza św. za ojczyznę, która przerodziła się w wielką religijno-patriotyczną manifestację. Oczywiście o tym, będąc w Trójmieście, nie wiedziałem.

Gdy sytuacja się uspokoiła i władze uznały, że niebezpieczeństwo minęło, odwołano nas z Gdańska do macierzystego garnizonu. Przez cały czas pobytu w zakładzie widocznie za mocno dyrektorowi (nosił nazwisko Piotrowski, imienia nie pamiętam) się nie naprzykrzałem, gdyż na zakończenie mojej „misji” ciepło się ze mną pożegnał i wróżył mi zrobienie kariery wojskowej.

Na trójmiejskim epizodzie zakończył się mój bezpośredni udział w ponurym przedsięwzięciu o nazwie „stan wojenny”. Wspominam ten okres jak koszmarny sen. Z goryczą także myślę o tym, że nie z własnej woli przypadło mi w tym szczególnym czasie miejsce po niewłaściwej stronie barykady, chociaż zawsze, tak jak wielu innych moich kolegów „po fachu”, marzyłem o prawdziwej wolności i demokracji.

Aleksander Stawicki

 0