WspomnieniaSB nie mogła ich dopaść. Tajemnica sukcesu podziemnego wydawnictwa

SB nie mogła ich dopaść. Tajemnica sukcesu podziemnego wydawnictwa

Dodano

W pewnym momencie Masłowski zaczął również współpracować z podziemnym pismem „Dzień”, które ukazywało się w Krakowie robione przez działaczy podziemnej „Solidarności” na Akademii Górniczo-Hutniczej. „Dzień” zaczął drukować dwustronny dodatek o nazwie „Mała Polska”. Redagował go Masłowski, o czym wtedy nie wiedziałem. W lutym 1983 roku pokazał mi ten dodatek. Po przeczytaniu stwierdziłem, że może by to i dobre było. Po jakimś czasie wyznał, że to jego robota. Uznałem, że skoro ten dodatek jest na tak dobrym poziomie, to można by go robić na większą skalę. Wtedy zawiązaliśmy duet redaktorsko-wydawniczy „mały Władek z dużym Władkiem” – Masłowski był dość postawny – przy czym od razu było wiadomo, że duży Władek nadaje się wyłącznie do redagowania i pisania. Dlatego, by zaistniało, musiał ktoś zorganizować całą resztę – czyli druk i kolportaż.

Wypadło na mnie. Ale oprócz pisania, które mnie najbardziej bawiło, trzeba było odwalić również i pozostałą robotę. Dlatego musiałem najpierw nauczyć się drukowania. Na naukę poszedłem do człowieka z pisma „Dzień”, który pokazał mi, jak się drukuje na tzw. ramce. Wspólnie wydrukowaliśmy kilka numerów jego bibuły. Po paru tygodniach mu podziękowałem, informując, że teraz już sami będziemy drukować „Małą Polskę”. Od kwietnia lub maja 1983 roku „Mała Polska” zaczęła ukazywać się samodzielnie z nadtytułem „Pismo Niezależne”. W podtytule, jako nazwa wydawcy, widniało: „Polowe Archiwum Prasowe, Kraków, Małopolska”.

MP w czasie drugiej pielgrzymki papieża Jana Pawła II do Polski (początek czerwca 1983) ukazywała się każdego dnia – przez osiem kolejnych dni pobytu papieża w Polsce. Pisaliśmy codziennie, ale nie byliśmy jeszcze w stanie kolportować gazety po mieście z taką częstotliwością. Dlatego numery „papieskie” „Małej Polski” kolportowane były już po papieskiej wizycie. „Mała Polska” dotarła nawet do Warszawy, a najważniejsze pismo podziemne w Polsce „Tygodnik Mazowsze” wydał o niej świetną opinię: pisał, że pismo jest ciekawe i żywe. Od tego momentu „Mała Polska”– przez 6 lat, do marca 1989 roku – ukazywała się niemal regularnie co tydzień. Początkowo kierowaliśmy MP wspólnie z Masłowskim. Potem doszła do nas jeszcze Ewa Ryłko, która była jego uczennicą – uczył ją stenografii na UJ.

W OBP miałem stanowisko pracownika naukowego i z czasem stanąłem przed dylematem: pisać doktorat czy robić „Małą Polskę”. Wybrałem to drugie i doktorat poszedł w odstawkę, przez co zostałem z Ośrodka zwolniony. Podejmowałem różne prace, miałem jakiś etat – w PRL zawsze dobrze było być gdzieś zatrudnionym. Żyłem jednak z „Małej Polski”, która zaczęła dawać mi wystarczające dochody.

Stało się tak, ponieważ Masłowski był wielbicielem kapitalizmu. Wyniósł to z rodzinnego domu, bo jego ojciec był przed wojną bankowcem. Poszedł na wojnę, dał się złapać Sowietom i zginął w Starobielsku. Masłowski wymyślił, że nasze podziemne przedsięwzięcie wydawnicze będzie działać jak przedwojenna spółka akcyjna: wypuści się akcje, zbierze kapitał zakładowy, i za te pieniądze powstanie gazeta. Pismo będzie się sprzedawać i przynosić zyski dzielone między akcjonariuszy. I to wszystko konsekwentnie wdrożył.

Masłowski wypuścił akcje „wydrukowane” pieczątką na banknocie z gen. Józefem Bemem – chyba było to banknot o nominale 10 zł. Te akcje nie zachowały się, niestety. Ja ich nie mam z tego powodu, że patrzyłem na Masłowskiego z pobłażliwym uśmiechem. Dla mnie istotny był konkret, że działa podziemna gazeta wydawana przez nas. A jak ona będzie funkcjonować od strony finansowej, to mnie nie za bardzo interesowało. Później, gdy jednak chciałem nabyć akcje „Małej Polski, okazało się, że już ich nie ma, wszystkie się rozeszły wśród znajomych Masłowskiego. Te akcje przyniosły pieniądze na rozruch „Małej Polski”. Później pismo było sprzedawane i zaczęło przynosić zyski. Sprawdziła się karkołomna dla mnie idea Masłowskiego, że nawet podziemna bibuła może być artykułem rynkowym.

Tygodnik „Mała Polska” był niezależny ideowo, chociaż współdziałaliśmy z „Solidarnością”, ale bez jakiegoś zwierzchnictwa czy nadzoru z jej strony. To – jak się okazało – uchroniło nas przed esbecją. Przez sześć lat wydawania gazety nie mieliśmy żadnej wpadki. Chyba jako jedyni w Krakowie. Już w wolnej Polsce dowiedziałem się z materiałów IPN, że podziemne struktury „Solidarności” nafaszerowane były agentami SB.

Utrzymywaliśmy się sami ze sprzedaży własnej gazety. Czasem przychodziły jakieś pieniądze z kręgów solidarnościowych w formie datków. Wszystkie te pieniądze były sumowane i część z nich przeznaczana była na tzw. fundusz bhp, czyli na wypadek wpadki, a reszta szła na wynagrodzenia i pozostałe koszty.

Płaciliśmy za pracę dla MP. Najgorzej było z ludźmi, którzy deklarowali, że dla ojczyzny będą wszystko robić za darmo. Wymagałem w sumie niewiele: dwie godziny pracy tygodniowo. I kiedy padała z mojej strony taka propozycja, to często kwitowano ją uśmiechem: nie dwie godziny tygodniowo, ale pięć godzin dziennie – tak należy pracować dla ojczyzny. Wtedy już wiedziałem, że z takiego człowieka nic nie będzie. Po jakimś czasie okazywało się, iż pojawiły się nieprzewidziane kłopoty, żona, dzieci, trzeba zarabiać na życie. A przecież dla ojczyzny nie godzi się pracować za pieniądze. Dlatego od nas pieniędzy nie weźmie, a dorobić gdzieś musi. I kończyło się to w odejściem w stan bierności. Największy pożytek w podziemiu był z ludzi, którzy angażowali się choćby na te dwie godziny tygodniowo i za to dostawali jakieś pieniądze. Podobnie jak ja – z tą tylko różnicą, że ja pracowałem znacznie więcej i w zasadzie żyłem z tego przez parę lat. Jakieś etatowe zajęcia w legalnej pracy były dla mnie jedynie dodatkiem.

Pismo nasze było adresowane do tzw. inteligencji pracującej, trafiało na krakowskie uczelnie, do szkół i różnych instytucji. Z raportów SB zachowanych w krakowskim Instytucie Pamięci Narodowej wynika, że to pismo dla nauczycieli. Esbecy błędnie skojarzyli fakty. Osoby kolportujące MP uznali za te, które ją wytwarzały.

Drukowaliśmy średnio 2-3 tysiące egzemplarzy tygodniowo. Największe nakłady były po zamordowaniu ks. Popiełuszki w 1984 roku. Wówczas nakład dochodził do 4 tys. egzemplarzy. „Mała Polska” drukowana była techniką sitodruku na tzw. ramce, dwustronnie na kartce formatu A4. Zdarzały się numery podwójne, czyli złożona na pół kartka formatu A3. Specjalnością MP były krótkie informacje, również skomentowane, felietony, komentarze. Uprawialiśmy małe formy dziennikarskie ze względu na małą objętość pisma. Informacje dotyczyły wydarzeń z regionu, kraju i świata. Pisanie w ten sposób było ideałem Masłowskiego: krótko i treściwie. To najbardziej chyba ludziom się podobało i dzięki temu chętnie MP kupowali.

291 wydanych numerów „Małej Polski” w ciągu 6 lat – od 1983 do 1989 roku – to jeden z najlepszych wyników na rynku podziemnej bibuły w skali kraju. Według kryterium liczby wdanych numerów zajmowaliśmy bodajże czwarte miejsce w Polsce. Przed nami były m.in. wrocławskie „Z dnia na dzień” i „PWA. Przegląd Wiadomości Agencyjnych”. Lepsi o jeden czy dwa numery okazaliśmy się natomiast od warszawskiego „Tygodnika Mazowsze”, który imponował mi wtedy niezmiernie.

Dla MP pracowało w całym okresie jej istnienia ok. 30 osób. Uczyłem ich przestrzegania podstawowych zasad konspiracji: ludzie od redakcji, od druku i od kolportażu mieli zakaz kontaktowania się ze sobą. Przeważnie się zresztą nie znali. Rygory konspiracji zachowaliśmy do końca, w przeciwieństwie do innych podziemnych redakcji, jak np. krakowskiego pisemka „Promieniści”, którego dziennikarze pod koniec lat 80. zaczęli się podpisywać z imienia i nazwiska pod swoimi tekstami. Dlatego mało kto w Krakowie wiedział, kto robi „Małą Polskę”. Odeszliśmy z podziemia anonimowo.

Władysław Masłowski zmarł nagle w 1986 roku na zawał serca. Przez następne trzy lata prowadziliśmy „Małą Polskę” wspólnie z Ewą Ryłko.

Październik 2018

P.S. Wszystkie numery „Małej Polski” można znaleźć w poniższym linku:

http://wiadomoscigminneczernichowskie.pl/mala-polska-ii/