Wspomnienia„Może ranny, a może zabity”. Dramatyczne poszukiwanie zaginionego męża

„Może ranny, a może zabity”. Dramatyczne poszukiwanie zaginionego męża

Rekonstrukcja akcji Milicjo Obywatelskiej. Zdjęcie ilustracyjne.
Rekonstrukcja akcji Milicjo Obywatelskiej. Zdjęcie ilustracyjne. / Źródło: Wikimedia Commons / User:Now
Dodano
„W szpitalu nie mają mnie na liście przywiezionych po demonstracjach rannych. Przerażenie żony wzrasta, gdy mówią jej, że jest jeden nieprzytomny bez dokumentów” - wspomina nasz czytelnik, który został internowany w stanie wojennym.

Niedziela 13 grudnia. Gdańsk.

Tego dnia budzimy się późno. Idę na mszę do małego kościoła pod wezwaniem Świętego Jakuba. Dziwi mnie podczas mszy jakaś inna atmosfera - dramatyczna, podniosła. Na koniec eucharystii ludzie śpiewają: „Od powietrza głodu i wojny wybaw nas. Panie”. Zastanawia mnie to.

Gdy wracam do domu, dzielę się wrażeniami z żoną i mówię jej, że teraz będę co niedzielę chodził do tego kościoła. Już po osiemnastej idę do kuchni przygotować kolację żonie leżącej z zagrożoną ciążą i tam słyszę w Wolnej Europie - „Wprowadzili stan wojenny!”. W telewizji trafiamy akurat na fragment przemówienia Jaruzelskiego, który powtarza co jakiś czas „od lat 5 do kary śmierci”.

Rozdziobią nas kruki i wrony

Nie wiem dokładnie, ale chyba kilka tygodni potem, w tym samym kościele na mszy, starszy utykający ksiądz zaczyna homilię od słów: „Jest takie opowiadanie Stefana Żeromskiego „Rozdziobią nas kruki i wrony”. Trupy powstańców leżą na polu i jedna taka Duuża Wrona, można powiedzieć taki generał wroni, siada na ciele zabitego i dziobie na piersi, potem przechodzi dalej, próbuje w innym miejscu, nie smakuje jej, dochodzi do głowy, uderza raz (tu mówca puka palcem w mikrofon) i drugi” - księżulo puka jeszcze mocniej aż echo niesie się po kościele. „I tu się nie dostała! Tu nie dało rady” (puka się w głowę) „I tu jest nasza ostoja!”. Koniec cytatu. Krótko i na temat.

Gdzie drwa rąbią

„Nie prowokujcie ich, to przecież manifestacja pokojowa!” - mówiłem do ludzi rozbierających małe ogrodzenie z cegieł przy Bednarskiej 24. Przed wieżowcem, zwanym „Zieleniakiem” już toczyła się bitwa. Zauważyłem jednego z młodych poetów gdańskich jak w euforii potrząsa zdobytą tarczą zomowca. „Zamknąć Wojciecha wypuścić Lecha!” - skanduję wraz z tłumem za linią walczących. Ktoś mówi, że są poparzeni, bo zdesperowani zomowcy strzelają z rakietnic na wprost w tłum. Gdy do wieczora demonstrantom nie udaje się przedrzeć pod pomnik Trzech Krzyży, ludzie mniejszymi grupami rozchodzą się.

Czytaj także:
Baza wojskowa „schowana” na uczelni. Niezwykłe zdjęcia z ukrycia

Idę z jedną z grup w kierunku dworca PKS na ul. 3-go Maja. Docieramy do przystanku tramwajowego i z góry obserwujemy jak grupa zomowców, uderzając rytmicznie pałami w tarcze, wychodzi na ulice z pomieszczeń dworca. Skandują jakieś hasło. Być może: „Na obywatela!”, jak opowiadał jeden znajomy, który podobno widział ich trening. Nagle przy przystanku zatrzymuje się „suka” milicyjna i grupa zomowców, rzucając petardy, wyskakuje w naszym kierunku - krótka decyzja i wraz z kilkorgiem osób zsuwamy się po śniegu ze skarpy w dół w stronę torów i dworca PKP. Zomowiec krzyczy: „Trzymajcie tego w tej czapce!”.

Szybko chowam baranicę, podarowaną mi na imieniny, do kieszeni kurtki. Decyduję się iść w kierunku peronu bliżej dworca i wmieszać się w grupę osób oczekujących na peronie. To się nie sprawdza. Dwóch zomowców wypada w moim kierunku krzycząc: „Rączki!” Wyedukowany na serialu o Klossie, podnoszę posłusznie ręce do góry. „Nie tak!”. Każą mi wyciągnąć ręce przed siebie. Ręce są czyste, więc jeden warczy: „Rękawiczki!” - są mokre i to jest dowód winy!

„Bandyci! Mają na rękach krew milicjantów”. Kierują mnie „ścieżką zdrowia” - czyli szpalerem pałujących gdzie popadnie zomowców do jakiegoś pomieszczenia na dworcu PKP. Wystraszony, próbuję pokazać jakiemuś oficerowi dowód z zameldowaniem na Wałowej, aby uzasadnić moją obecność w tym rejonie. „W dupie mam pana dowód”! krzyczy. Potem kierują nas „ścieżką zdrowia” do więźniarki, która stoi w pobliżu. Jakiś sierżant zamykając drzwi mówi: „Zrobi się z nimi porządek, część do piachu, cześć do odśnieżania i będzie spokój”.

Większość aresztowanych to młode chłopaki niektórzy wzięci ze stoczni, niektórzy z ulicy. Daje się wyczuć niepewność i strach - a może rzeczywiście wywiozą i zabiją i zakopią gdzieś w lesie?! „E tam, tak tylko straszą, bo sami w strachu". Potem „kibitka" rusza i po jakimś czasie słychać krzyk „wysiadać!” I znowu szpaler zomowców pałami kieruje nas do budynku komisariatu w Pruszczu.

Tam ustawiają nas w rzędzie twarzami do milicjantów z psami, które ujadają przytrzymywane na smyczach. Jeden z zomowców mówi do kolegi obok: „Zobacz, nawet ten pies jest wierniejszy od tego bydła! Państwo łoży na ich naukę, na podręczniki na wszystko, a oni w milicję kamieniami rzucają!” Mam rozbity nos, więc odchylam głowę do tyłu, aby powstrzymać krwawienie. Opieram się przy tym o jedną z gablot, w historycznej „Izbie Pamięci", do której nas zgoniono. „Nie opierać się!” krzyczy jeden z milicjantów. W gablotach są cenne pamiątki i zdjęcia tych co utrwalali „władzę ludową."

Potem znowu bieg kierowany pałami do samochodu i wywożą nas, jak się potem dowiaduję do Tczewa. Tam, o ile pamiętam, odbywają się przesłuchania. W pokoju przesłuchań w podziemiach budynku, za biurkiem siedzi gość w cywilnym ubraniu i łagodnym głosem pyta, jak tu trafiłem. Ośmielony łaskawością przysiadam na krześle, które stoi obok. Nagle wpada mały facet w cywilu i krzyczy: „Kto pozwolił usiąść!” Ten „dobry glina" mówi: „daj spokój” i dalej wypytuje słodkim głosem. Mówię więc, że stałem na przystanku, w nikogo nie rzucałem kamieniami, a nawet powstrzymywałem innych i nagle zostaliśmy zaatakowani przez milicję. „No widzi Pan”, powiada "Dobry": „Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą". Nie pamiętam czy po, czy przed przesłuchaniem spędzamy noc w jednej z cel aresztu.

Czytaj także:
Okrutna zemsta władz PRL na zapomnianym bohaterze „Solidarności”

Przykro patrzeć, jak dla kilku papierosów od strażnika, jeden ze stoczniowców idzie sprzątać kible. Potem znowu „ścieżka zdrowia" przy wsiadaniu i dłuższa podróż do wieczora. Przy wysiadaniu zaskoczenie: tu już nie biją!. Docieramy, jak się okazuje do więzienia w Iławie. Następnie procedura oddania paska, sznurowadeł, pobrania pościeli oraz koca. Ubranie złożone w kostkę i buty należy położyć przed drzwiami celi. W celi, gdy układam się w wilgotnej zimnej pościeli, rozmawiam półgłosem z towarzyszami niedoli. Nikt nie wie co nas czeka, czy nie zrobią nam procesu, ile czasu tu będziemy. Długo nie mogę zasnąć.

Radio i telewizja

Następnego dnia strażnik nakłania nas do wybrania starszego celi, który ma składać meldunki klawiszowi. Przez kilka dni traktują nas jak osądzonych. Po dwóch czy trzech dniach wręczają nam decyzje o internowaniu, pobierają od nas odciski palców i rezygnują z wielu więziennych procedur. Możemy mieć na noc ubrania w celi. Ciekawie brzmi decyzja o internowaniu, w której padają słowa zgodnie z którymi „anarchizowałem i.... anarchizowałbym (prawdopodobnie!) społeczeństwo Gdańska i województwa gdańskiego”.

Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia dostajemy pozwolenie na korzystanie z tzw. świetlicy, gdzie na centralnym miejscu stoi telewizor. Nad nim na ścianie wycięte w blasze hasło: „Radio i Telewizja Rozjaśnią Twój Umysł". Nasze umysły ogarnia szczególna jasność, gdy oglądamy Dziennik Telewizyjny, w którym spiker, podporucznik Marcin Wilman, występuje w pięknie dopasowanym mundurze LWP.

Możemy grać w tenisa stołowego i korzystać z więziennej biblioteki. Wypożyczam miedzy innymi "Cztery miłości„ C.S. Lewisa. W celi jestem w dobrym towarzystwie: członek zarządu NSZZ Solidarność - region Mazowsze (nazwiska nie pamiętam) i Wacław Pietuszyński, członek zarządu regionu Elbląskiego.

Tak pierwszy mówi, że gdy przyszli po niego, „związał przeważające siły wroga”, bo spory oddział milicji biegał za nim po strychu, na który salwował się ucieczką. Określił te wydarzenia Nocą Świętego Bartłomieja.

Powoli zaczynamy się oswajać z nową sytuacją. Początkowo żyjemy nadzieją, że cala Polska stanie i rychło nas wypuszczą. Więźniowie, dyżurujący przy rozdawaniu posiłków, traktują nas z szacunkiem, docierają pierwsze paczki żywnościowe przekazywane przez Kościół. Urozmaica to więzienne menu przesycone baranim łojem, który wyparowuje z naszych ciał, gdy idziemy pod prysznic.

Wypełniamy też czas układaniem przeróbek tekstów do znanych melodii. Pozostał mi w pamięci fragment jednego z nich:

„Bywaj dziewczę zdrowe, ojczyzna mnie woła
Idę ja strajkować
wśród rodaków koła
I choć przyjdzie zginąć pod ciosami pały
Padnie i ten reżim jak inne padały”.

Zapuszczam brodę i obiecuję, że zgolę ją wtedy, gdy ten reżim padnie.

Urodzę na was syna

Tymczasem, „na wolności" moja żona Tamara, która była wtedy w zagrożonej ciąży i powinna leżeć, przeżywa dramat poszukiwania. Idzie ze swoją mamą na ulicę, wtedy Świerczewskiego, prawdopodobnie do Urzędu Miejskiego szukać informacji. Pamięta, że urzędniczka, do której ją kierują, stempluje jakieś dokumenty mówiąc pomiędzy kolejnymi uderzeniami pieczęci: „może ranny w szpitalu" – stempel - „może aresztowany" - stempel - „może zabity”. Wchodzący do pokoju mężczyzna, widząc przerażenie mojej żony, mówi: „Przestań, co ty do niej mówisz!”, na co ona płacząc odpowiada: „Przecież my nic nie wiemy! Nikt nic nie wie!”