WspomnieniaTak Kościół wyciągał ludzi z aresztów

Tak Kościół wyciągał ludzi z aresztów

Jasna Góra
Jasna Góra / Źródło: Wikimedia Commons / Aw58
- O działalności Janeczki nic z Cześkiem nie wiedzieliśmy, dlatego że ciężko byłoby nam to przeżyć, bo my wiedzieliśmy czym to pachnie, bo przeżywaliśmy już to, tylko że gorsze stokroć. Janeczka powiedziała nam jak już było po wszystkim. I wtedy byliśmy z Cześkiem dumni, że mamy takie odważne dzieci - wspomina nasza czytelniczka.

Moje dzieci były niegłupie. Od kołyski obserwowały nasze życie, widziały jak się męczymy, jak musimy pracować na kawałek chleba. Ojciec na stalowni, w piekle, za parę groszy, a matka na wydziale remontowym, również żaden smak.

Marysia, najstarsza córka, jak była jeszcze w liceum, koniecznie chciała zobaczyć gdzie jej tato pracuje i pewnego razu zabrałam ją na tę diabelską stalownię. Zobaczyła dziewczyna, ale ja później żałowałam, że ją tam zaprowadziłam, bo zobaczyła jak jej ojciec żywcem smaży się w ogniu i pije wodę sodową butelka za butelką. Pewnego razu Marysia zrobiła mi niespodziankę, znalazła jakąś dziurę w płocie i przyszła do mnie do pracy. Marysia moją pracę przyjęła lepiej, bo nie było aż tak widoczne, że jest zła, ale dobra to ona nie była.

Ja jeździłam po całej hucie z robotnikami po remontach i wydawałam narzędzia. Mieściły się one w takim wozie, który nazywali wozem Drzymały. Była to taka przyczepa na kółkach i gdzie było potrzeba, ciągnął ją drugi wóz. Główna narzędziownia i trzy magazyny mieściły się na wydziale remontowym. W jednym z tych magazynów mieściły się części zamienne, w drugim tlen i acetylen, w trzecim - smary i oleje. Kiedy jechało się na remont, to musiało się mieć w wozie wszystkie narzędzia sprawne, tak aby ludzie mogli pracować. Jak były to narzędzia małe, to nic, a jak duże, to trzeba było dźwigać. Dobrze było jak wóz był sprowadzany na wydział bez gazu, ale takich wydziałów mało było w hucie. W większości to było tak, że mistrz, który był na remoncie razem z nami, przychodził do mnie do wozu narzędziowego i prosił, żebym uciekała na jakąś godzinę, albo i więcej, bo jest gaz.

Niebezpieczna była ta harówka w hucie. Jak tylko zaczęłam pracę, to ten wóz narzędziowy był zrobiony calutki z grubej blachy, a podłoga z niezbyt grubych desek. Stół w tym wozie również był żelazny. Pod stołem był umieszczony grzejnik. W zimie jak weszło się do tego żelaznego wozu, to tak jakby się weszło do najlepiej mrożącej lodówki. Jak się włączało grzejnik, to to zamarznięte żelazo pokrywało się szronem i zaczynała kapać woda jak deszcz. A nogi od podłogi tak marzły, że musiałam je stawiać na grzejnik, aż popaliłam buty. A było też i tak, że wozu w ogóle nie podłączali do prądu, bo nie mieli gdzie, albo kabel był za krótki - takie warunki pracy stwarzał komunistyczny reżim.

Po piętnastu latach mojej pracy, zrobili trochę inny wóz, lepszy: z wierzchu była blacha, a wewnątrz płyta pilśniowa, to już było trochę cieplej. Na narzędzia ciężkie były porobione skrzynki i nie było ich widać, bo wcześniej narzędzia wisiały na hakach jak na wystawie. Bardzo brzydko to wyglądało i nie było zbyt zdrowe, bo mocno pachniało olejem. Pracowałyśmy we trzy, na trzy zmiany i tak jak mężczyźni jeździłyśmy na remonty po wszystkich wydziałach, ale my zarabiałyśmy trzykrotnie mniej, nie miałyśmy dodatkowych urlopów i mężczyźni wcześniej szli na emeryturę i dostawali różnego rodzaju premie. Mnie się tak zdaje, że to tylko dlatego, że kobiety mało się o swoje upominają. Zgadzam się z zarobkami tych mężczyzn, którzy pracowali na dworze i na wysokościach, ale jeśli chodzi o urlop dodatkowy, to nam się za taką pracę też należał. Albo prawo do wcześniejszej emerytury. Też nam nie przysługiwało, bo kobieta słabe stworzenie i można ją oszukiwać jak tylko się chce. Niech pracuje jak dziki osioł w pracy i w domu, bo pracować trzeba było nie dla luksusów, ale dla chleba, bo jeżeli matka z taką gromadą dzieci przestałaby pracować, to trzeba byłoby przymierać głodem. Więc na oczach naszych dzieci to się działo, dzieci były mądre i o sprawach życiowych nie trzeba było im już nic mówić.

Marysia

Po studiach Marysia zamieszkała we Wrocławiu w małym pokoiku zrobionym w piwnicy i podjęła pracę w liceum - akurat w tym roku wprowadzili stan wojenny. Nie była, podobnie jak reszta dzieci, dziewczyną rozrzutną, ale jak trzeba była coś kupić, jakąś spódnicę czy bluzkę, to przyjeżdżała do domu i bardzo nieodważnie, tylko jak ja pierwsza o tym napomknęłam, pytając czy ma pieniądze na ubrania, mówiła, że nie bardzo. Męczyli nas na Wileńszczyźnie, teraz tu w Polsce, dziewczyna pracowała i nie była w stanie samej siebie utrzymać.

Marysia nie była w pracy posłuszna systemowi. Od początku mieli ją na oku, podsłuchiwali pod drzwiami klas jak puszczała kasety zakazane i zapraszała różnych podejrzanych dla komunistów ludzi na wykłady i spotkania. Jej młodzież na wszystkie rocznice wprowadzenia stanu wojennego przychodziła w czarnych strojach, a na 11 listopada odświętnie. Poza tym czytali i kolportowali zakazane książki. Nie była posłuszna, więc postanowili ją zwolnić z pracy. Jej uczniowie bardzo to przeżywali, ale nie było na to żadnej rady. Dzięki Panu Bogu, że nie zobaczyła krat. Iluż to ludziom odebrano zdrowie, ilu ludzi zabito, ile jest kalek do dzisiaj.

Kiedy zwolniono Marysię ze szkoły za nieposłuszeństwo reżimowi, to my z mężem byliśmy bardzo z tego zadowoleni, bo wiedzieliśmy, że nasza córa kroczy po prostych ścieżkach. Baliśmy się, żeby ona nie trafiła do więzienia, żeby jakoś przetrwała ten najgorszy kryzysowy czas. Modliliśmy się z mężem i prosiliśmy o to Pana Boga. I stało się tak.

Jeszcze wiosną koleżanka Marysi, która wyjechała do Francji, przysłała jej zaproszenie na wakacje. Po zakończeniu roku szkolnego, po pięknym pożegnaniu, które urządzili córce jej uczniowie, tak że przywiozła kwiatów pół samochodu, Marysia wyjechała do tej koleżanki na wakacje. Koleżanka mieszkała w Bordeaux, ale akurat był taki traf, że musiała wyjechać z mężem służbowo do Londynu. Zostawiła Marysi klucz u sąsiadów, żeby się rozgościła i poczekała spokojnie do ich powrotu. Marysia nie chciała czekać w ich pustym domu i stwierdziła, że zatrzyma się trochę w Paryżu. I Paryż ją pochłonął. Została na jeden tydzień, a tydzień przemienił się w lata. Z początku nie było jej słodko, chodziła uczyć się języka do Instytutu Katolickiego przy rue d’Assas i musiała pracować, żeby mieć z czego żyć. Nauczyła się języka dość prędko, zapisała się na Sorbonę, gdzie nostryfikowała swój polski dyplom. Tam poznała swojego przyszłego męża Nicolasa. Nie możemy się z niego nacieszyć taki to porządny człowiek z bardzo spokojnej i dobrej rodziny.

Janeczka

Może jeszcze o mojej drugiej córce Janeczce. Przeważnie ja chodziłam do dzieci na wywiadówki, mąż jakoś nie lubił chodzić, bo pracował. Ja nawet z pracy potrafiłam się zwolnić i szłam na wywiadówkę kiedy tylko mogłam. Nasza córka najdroższa w szkole podstawowej nosiła grzywkę i włosy uczesane w dwa kucyki. I do kucyków wpięte miała dwie białe kokardy. Strój szkolny: granatowy fartuszek, biały kołnierzyk i coś białego na nogach. Wszystkie trzy dziewczynki miały stroje krakowskie. Marysia i Janeczka chodziły na Jasną Górę do procesji. Kiedy podrośli Jadwinia z Grzegorzem, to również chodzili. I ja z Cześkiem też. Ja byłam do obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, niosłyśmy obraz we cztery. Czesiek nosił sztandar Maksymiliana Kolbego, a Marysia i Janeczka szarfy od sztandaru. Jadwinia nasza była przy małej poduszce, a Grześ jak był mały, miał trzy latka niósł małą poduszeczkę z obrazkiem, a jak był większy, to niósł najpierw mały sztandarek Pamiątka z Ravensbruck, a potem krzyż na początku procesji. Skończyło się wszystko, przestaliśmy chodzić do procesji jak Marysia poszła do Wrocławia na studia, a Janeczka do Krakowa. Jeszce trochę myśmy dwoje chodzili, a potem wyjechaliśmy we czwórkę do Paryża i wszystko sie skończyło, bo sam tylko Grzesiu został w Częstochowie.

Nasza Janeczka, jak zaczęła studia w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim, to zamieszkała u starszej pani przy ul. Łobzowskiej. U tej pani mieszkała też jej wnuczka. Starsza pani tak polubiła Janeczkę, że żadnej różnicy nie widziała, że ta wnuczka, a ta obca. Traktowała Janeczkę jak swoją, jakby miała dwie wnuczki. Po jakimś czasie Janeczka otrzymała akademik i zamieszkała z koleżanką Renatką. Janeczka była zawsze i jest przeciwko komunizmowi. Kiedy była studentką chodziła na wszystkie demonstracja. 11 listopada w stanie wojennym podczas wiecu niepodległościowego, wdrapała się na Pomnik Grunwaldzki na Placu Matejki w Krakowie i zaczęła recytować fragmenty z „Dziadów” te o Moskalach i „Zemstę na wroga”. Plac był otoczony przez zomowców, którzy usiłowali ją ściągnąć z pomnika, ale im się nie udało. Otoczyli ich robotnicy z Nowej Huty, doszło do bijatyki, a naszą córkę ktoś bezpiecznie odwiózł do domu. Pisała o tym wydarzeniu cała podziemna prasa. Drugi raz Janeczka była schwytana na plantach krakowskich z dużą ilością ulotek. Siedziała dwadzieścia cztery godziny. Wypuszczono ją za kaucją, którą w takich przypadkach wpłacała Kuria Krakowska.

W 1987 Janeczka prowadziła klub studencki i zorganizowała Spotkania Teatrów Nieistniejących. Kilkudniowe spotkania studentów z aktorami z Bim-Bomu, STS-u, Teatru Rapsodycznego i Piwnicy pod Baranami. Cenzura do imprezy nie dopuściła. Klub opieczętowano, a Janeczkę wezwano na Mogilską.

O działalności Janeczki nic z Cześkiem nie wiedzieliśmy, dlatego że ciężko byłoby nam to przeżyć, bo my wiedzieliśmy czym to pachnie, bo przeżywaliśmy już to, tylko że gorsze stokroć. Janeczka powiedziała nam jak już było po wszystkim. I wtedy byliśmy z Cześkiem dumni, że mamy takie odważne dzieci. Doskonale pamiętam jak w stanie wojennym poszła Janeczka z Grzesiem na Jasną Górę recytować wiersze z okazji jakiejś rocznicy. Były to wiersze przez reżim zakazane. Oni byli obserwowani przez służbę bezpieczeństwa. Ojciec Abramek, przeor Jasnej Góry, był z naszych dzieci bardzo dumny. Recytowali po wieczornej mszy świętej o 19.

Kiedy wracali z Jasnej Góry, ja szłam do pracy na nocną zmianę. Stałam na przystanku autobusowym, podeszli do mnie i rozmawialiśmy. Oczywiście nic mi nie powiedzieli, że są śledzeni przez tajniaków. Jak tylko wyszli za bramę klasztorną, to zauważyli, że dwoje ludzi: kobieta i mężczyzna bardzo powoli jadą za nimi samochodem. Jak wsiedli do autobusu nr 15 to ten samochód jechał za autobusem aż do końca, czyli tam gdzie wysiedli Janeczka z Grzesiem. Po rozmowie ze mną poszli w stronę naszego bloku, obejrzeli się i zobaczyli, że ci ludzie za nimi idą. Zamarli ze strachu, bo w domu mieli bardzo dużo zakazanych książek, ulotek i innych dokumentów. Ci ludzie weszli za nimi do klatki schodowej i doszli aż do trzeciego piętra. Dlaczego tylko do trzeciego? Nie wiadomo, ale ja myślę, że Pan Bóg swoją świętą ręką zagrodził im wejście do nas na czwarte piętro. Za takie papiery i książki, wtedy, w stanie wojennym, groziło więzienie. Kiedy Grzegorz i Janeczka weszli do mieszkania, to obserwowali tych tajniaków z okna jak poszli do swojej dryndy.

Dzieci nie spały całą noc, bo bały się rewizji. Wszystkie zakazane książki i papiery spakowali do dużego plecaka. Kiedy wróciłam o szóstej rano z nocnej zmiany, to Grzegorz stał w przedpokoju i czekał na mnie jak na zbawienie, żeby doradzić im co robić. Janeczka zmęczona usiadła w ubraniu na kanapie i tak usnęła. Jak to wszystko zobaczyłam – struchlałam. Nie rozumiałam co się stało i co to wszystko znaczy. Grzegorz powiedział, że wyjaśni mi wszystko jak wróci, powiedział tylko parę słów jak byli śledzeni aż do trzeciego piętra i że teraz trzeba to wszystko wywieźć z domu.

„Gdzie – zapytałam – chcesz to wieźć?”

„Do babci i dziadka na Lisiniec, dziadek umie schować doskonale”.

Więc dałam mu pieniądze na taksówkę, odprowadziłam go, wsadziłam do taksówki i syn z tym wypchanym plecakiem pojechał. Mój tato wszystkie te papiery poskładał do foliowego worka i zakopał gdzieś w ogródku. Tatuś miał wtedy osiemdziesiąt lat. Po paru miesiącach poprosiłam, żeby pokazał mi miejsce gdzie to wszystko zakopał. Skopał cały ogródek i nie mógł tego miejsca znaleźć, a szkoda. Janeczka jak się trochę przespała w pozycji siedzącej na kanapie i jak się obudziła, to widziałam, że jest bardzo zmęczona, więc nie wyjechała tego dnia do Krakowa. Zgodnie orzekliśmy, że to był cud, że ich tak do końca śledzili, a nie zrobili rewizji, bo to był stan wojenny i nie potrzebowali do tego żadnego nakazu, bo w stanie wojennym były takie bandyckie prawa. Zapytałam, co zamierzali zrobić, gdyby tajniacy weszli za nimi do mieszkania i zaczęli rewizję. Odpowiedzieli, że nic, ale gdyby przyszli po jakimś czasie, to Janeczka z Grzesiem planowali spakować co się dało do plecaka i jedno poszłoby otworzyć, a drugie szybko wyrzuciłoby ten plecak przez balkon. Grzesiu powiedział, że byli bardzo wystraszeni, ale że coś mu mówiło, nie bój się, nic złego nie będzie. I tak się stało.

A Janeczka mówi: – Powiedz, mamusiu, co ty robiłaś tej nocy w pracy, jak myśmy się tak z Grzesiem męczyli. Czy miałaś czas na małą drzemkę i czy nic się mamusi nie śniło? Odpowiedziałam: – Nie, dziecko, nic nie śniłam, bo nie było na to czasu. Był remont na koksowni, psuły nam się bez przerwy narzędzia i musiałam co trochę jechać na warsztat i przywozić sprawne narzędzia ludziom, żeby mogli pracować. Tyle tylko mogłam zrobić. Jadąc w wozie odmawiałam różaniec.

Bronisława Korzeniewska

O północy z piątku na sobotę (25 na 26 maja) rozpoczyna się cisza wyborcza
[Ustawa z dnia 5 stycznia 2011 r. – Kodeks wyborczy (Dz. U. z 2017 r. poz. 15)], która potrwa do końca głosowania w niedzielę (26 maja). Zakaz obowiązuje także w internecie, w związku z czym, w trakcie ciszy wyborczej w portalu DoRzeczy.pl wyłączona zostanie możliwość dodawania komentarzy.