WspomnieniaKsiądz, który dla internowanych łamał wszystkie przepisy

Ksiądz, który dla internowanych łamał wszystkie przepisy

Pogrzeb Grzegorza Przemyka. Kondukt żałobny w drodze na Cmentarz Powązkowski w Warszawie. W pierwszym rzędzie po środku idzie ks. Jan Sikorski. 19 maja 1983 r.
Pogrzeb Grzegorza Przemyka. Kondukt żałobny w drodze na Cmentarz Powązkowski w Warszawie. W pierwszym rzędzie po środku idzie ks. Jan Sikorski. 19 maja 1983 r. / Źródło: Wikimedia Commons / Fot: Autor nieznany
Dodano
„Były łzy, rzucanie się sobie w ramiona. Po tym emocjonującym powitaniu widzę, że internowani przygotowali się na Święta! Zrobili ołtarz polowy, krzyż z brzozy, nawet symbol „Solidarności” tam umieścili. Potem chodziłem od celi do celi, łamaliśmy się opłatkiem, a moje kieszenie pęczniały od grypsów...” - mówi ks. Jan Sikorski, duszpasterz internowanych w stanie wojennym.

PIOTR WŁOCZYK: Jak wyglądało u księdza Boże Narodzenie w 1981 roku?

KS. JAN SIKORSKI: Inaczej niż to sobie zaplanowałem. Na Święta miałem jechać do rodziny do Wrocławia. Dowiedziałem się jednak, że w więzieniu na Białołęce przetrzymują internowanych opozycjonistów. „Czy ksiądz by do nich nie poszedł?” - usłyszałem na opłatku u Prymasa. Wahałem się może ćwierć sekundy. Powiedziałem, że w takim razie zostaję w Warszawie, bo czułem, że powinienem jednak być z internowanymi.

Wcześniej ksiądz nie angażował się tak bardzo w działalność „Solidarności”. Dlaczego?

Nie udzielałem się czynnie w „Solidarności” z uwagi na moją posługę ojca duchownego w seminarium. To była szczególna funkcja, byłem trochę na uboczu tego wielkiego karnawału „Solidarności”. Ale oczywiście sercem byłem wówczas całkowicie po stronie opozycji. Pochodzę z patriotycznej rodziny, przeżyłem okupację niemiecką, wywózkę do Rzeszy, obozy, Powstanie Warszawskie. Siłą rzeczy byłem spragniony wolności. „Solidarność” bardzo mnie poruszała, cieszyłem się tymi wielkimi przemianami.

13 grudnia był przełomowym dniem. Włączam rano radio – coś bardzo dziwnego się dzieje. Od razu poszedłem do kleryków i mówię, że trzeba się modlić za Polskę. Trzeba było zacząć działać.

Na jakiej podstawie ksiądz wszedł do więzienia na Białołęce?

Miałem jakiś papier podpisany przez Kiszczaka, ale powiedzieli mi, że mimo to nie jest pewne, że mnie wpuszczą. Pojechałem tam z ks. Bronisławem Dembowskim, późniejszym biskupem. Pierwszy raz byłem wtedy w więzieniu.

Wchodzę do dyrektora więzienia i słyszę… kolędę. Proszę sobie wyobrazić, że dyrektor słuchał Mszy Świętej o godzinie 9. Myślę sobie – swój człowiek! No i faktycznie, to był bardzo sympatyczny pan. Poszliśmy do internowanych. Bardzo przykro było na nich patrzeć. Cały barak wypchany ludźmi po brzegi. Widzę te brodate twarze, wystraszone spojrzenia… Serce mnie ścisnęło, bo od razu zobaczyłem oczyma wyobraźni ludzi wywożonych w czasach carskich na Sybir. Wtedy nie było wiadomo, co zrobią z uwięzionymi opozycjonistami. Przecież po reżimie Jaruzelskiego można się było spodziewać wszystkiego...

Jak wyglądało pierwsze spotkanie z internowanymi?

Były łzy, rzucanie się sobie w ramiona. Po tym emocjonującym powitaniu widzę, że oni przygotowali się na Święta! Zrobili ołtarz polowy, krzyż z brzozy, nawet symbol „Solidarności” tam umieścili. Odprawiliśmy oczywiście dla nich Mszę Świętą – w końcu po to się pojawiliśmy na Białołęce. Tylko jak sprawnie wyspowiadać tylu ludzi? Czasu by nam nie starczyło, żeby wszystkich wyspowiada w normalny sposób. Ale skoro stan wojenny, to musieliśmy sięgnąć po wyjątkowe środki. Pomyśleliśmy z ks. Dembowskim – niech się każdy u nas wyspowiada indywidualnie, ale rozgrzeszymy wszystkich razem. I tak zrobiliśmy.

Śpiewanie kolęd było wtedy niesamowite – jak te męskie głosy huknęły, to aż cały barak się zatrząsł. A potem chodziłem od celi do celi, łamaliśmy się opłatkiem, a moje kieszenie pęczniały od grypsów. Był głód informacji, który działał w dwie strony. Żadnymi przepisami się nie przejmowałem, bo ten cały PRL był jednym wielkim bezprawiem, więc oczywiście zbierałem grypsy od każdego. Wszystko to potem włożyłem do torby z naczyniami liturgicznymi.

Nikt księdzu nie skontrolował po drodze tej torby?!

Proszę sobie wyobrazić, że oficer, który mnie odprowadzał do wyjścia, wziął torbę w rękę i wyprowadził mnie spokojnie na zewnątrz. Pożegnał mnie, a ja pojechałem z tymi wszystkimi grypsami do kościoła św. Marcina. Wyrzuciłem zawartość torby na ogromny stół. Na grypsy czekali już wolontariusze, na ogół bardzo znani ludzie. To był piękny gest z ich strony. Była tam m.in. Maja Komorowska, Jacek Fedorowicz, Kazimierz Kaczor, Joanna Szczepkowska… Od razu się rzucili na grypsy i zaczęli je roznosić po Warszawie.

Czytaj także:
Orzech: kapelan Solidarności, który psuł komunie krew

Pamiętam, że Adam Michnik przekazał mi gryps dla Jacka Fedorowicza. Nie widziałem, kim jest Michnik, więc napisałem tylko na kartce: „Jąka się”. Fedorowicz był potem zachwycony tym pomysłem na identyfikację nadawcy (śmiech).

A potem przenosiłem w drugą stronę różne paczki, bo wiele osób prosiło mnie, żeby dostarczyć coś internowanym.

I tak stał się ksiądz stałym bywalcem więzienia...

Co tydzień w niedzielę byłem na Białołęce. O 9 rano odprawiałem Mszę Świętą. Korzystaliśmy ze świetlicy, wtedy oczywiście kaplic nie było w więzieniach. To było piękne, bo to wszystko było improwizowane. Tłum był taki, że internowani napierali niemal na ołtarz. Widać, było, jak ich interesuje liturgia. Tam było wielu intelektualistów, którzy mieli ogromną wiedzę o świecie, ale – jak się okazało – nie mieli zielonego pojęcia o tym, jak z bliska wygląda Msza Święta. Tłumaczyłem im jak dzieciom kolejne kroki, a oni słuchali tego z wielkim zainteresowaniem (śmiech).

Co najbardziej zapadło księdzu w pamięć z tamtych cotygodniowych wizyt?

Wiele osób dokonywało wówczas spowiedzi życia. To były poruszające momenty. Nigdy wcześniej ani później nie słyszałem tylu spowiedzi życia w tak krótkim czasie.

Więcej wspomnień