Wspomnienia„Uwaga, kocioł!”. Niezwykłe gesty solidarności w stanie wojennym

„Uwaga, kocioł!”. Niezwykłe gesty solidarności w stanie wojennym

Brama do zakładu PZL-Świdnik zablokowana przez robotników strajkujących w stanie wojennym
Brama do zakładu PZL-Świdnik zablokowana przez robotników strajkujących w stanie wojennym / Źródło: NSZZ "Solidarność" Lublin
Dodano
Wojsko, milicja, armatki wodne, kupy szkła, z okien „Solidarności" sfruwające papiery, gaz łzawiący, parada samochodów wojskowych z uzbrojonymi żołnierzami. Powoli składam obrazy. A jednak stało się to, o czym z drżeniem serca mówiliśmy, czego baliśmy się...

12.12.81r., sobotnie popołudnie. Lublin. Ogólnopolski Zjazd NH. Grupa młodzieży z Włodawy, dwóch opiekunów: profesor z ILO i ja, jeszcze wtedy nauczyciel szkoły podstawowej.

Fantastyczne spotkania młodzieży z całej Polski, najbardziej elektryzujące z grupą z „Czarnej Jedynki” z Warszawy, pełne zapału dyskusje, ostrożne plany na przyszłość wśród instruktorów. Popołudnie minęło niepostrzeżenie. Rozstaliśmy się w podniosłym nastroju, jakoś niezwykle ożywieni, z głowami pełnymi marzeń. Młodzież do bursy z częścią opiekunów, a ja..., nie wiem - przypadek czy przeznaczenie, znalazłam się w Kraśniku, wśród serdecznych przyjaciół, by odświeżyć „nocne Polaków rozmowy”. Radość spotkania, wspomnienia, noc mijała, patriotyczna atmosfera nie kazała myśleć o odpoczynku. Pełna nieświadomość tego, co się już wokół działo. Powrót świtem. Chciałam przed szóstą być na miejscu. Kierunek - ul. Królewska w Lublinie (siedziba Solidarności) - po bagaż i potrzebne materiały. Jakoś dziwnie pusto i głucho, ale to może przez poranek niedzielny, normalni ludzie śpią. I kolejne zaskoczenie. Fantastyczny człowiek (portier?) wyczekujący w podwórzu, by ostrzec, kogo się da, że „Kocioł!”. „Kocioł? Boże, niemożliwe!” Znajomość literatury czy powojennych filmów raz jeszcze okazała się przydatna. Czyżbym miała doświadczyć przygód kapitana Klosa? Zamęt w głowie. Niczego nie rozumiem, ale obrazy, które rejestrują moje oczy, układają się w jakiś koszmarny ciąg.

Cała Królewska, rondo – zabarykadowane. Wojsko, milicja, armatki wodne, kupy szkła, z okien „Solidarności" sfruwające papiery, gaz łzawiący, parada samochodów wojskowych z uzbrojonymi żołnierzami. Powoli składam obrazy. A jednak stało się to, o czym z drżeniem serca mówiliśmy, czego baliśmy się. Ale baliśmy się przede wszystkim, że mogą przyjść Oni – Ruscy. Ale swoi? To niemożliwe. Przeciwko komu? Boże? Stawiałam pytania i nie znajdowałam odpowiedzi. Weszłam do kościoła. Poranna Msza Św. Wzruszony ksiądz drżącym głosem „Polska Matko, jakżeś pełna bólu, dziś Polak podniósł uzbrojoną rękę na brata swego, twego syna”. Ogólny szloch. „Boże coś Polskę”. I już wiedziałam. A potem jednak dobrzy ludzie… Znalazł się bagaż, szklanka herbaty. Łańcuch dobrych serc, poczucie wspólnoty. Powrót do Włodawy. Napięcie rosło, bo bogatsza już byłam o opowieści znajomych o aresztowaniach, nocnym zabieraniu ludzi.

Podróż zaczynała powoli odsłaniać nieznaną nam jeszcze taktykę działań reżimu. Trzykrotna kontrola, tajemnicze listy w rękach panów, dowód osobisty, uważne spojrzenia i jakby ulga, że się znalazłam, fajka na liście. Co czułam, dziś trudno określić, jeszcze nie strach, ale odrętwienie. Pamiętam tę ciszę w autobusie i pusty wzrok ludzi. Droga wydłużała się, minuty się wlokły. Byłam pewna,że zostanę aresztowana. I Włodawa. Czekają najbliżsi, ale nie tylko. Kolejne okazanie dowodu i wręczone wezwanie na milicję. I wtedy też jeszcze się nie bałam, chociaż wieści z Włodawy brzmiały groźnie: 4 osoby internowane, w tym 3 nauczycieli i ślady butów na drzwiach do naszego domu. Strach przyszedł później, po pierwszym spotkaniu na komendzie. Strach i upór, ale to dalsza historia…

Róża Szaranik

Więcej wspomnień