WspomnieniaCztery miesiące ukrywał się w kanale. Sensacyjna ucieczka przed bezpieką

Cztery miesiące ukrywał się w kanale. Sensacyjna ucieczka przed bezpieką

Strajk w PZL-Świdnik w czasie stanu wojennego.
Strajk w PZL-Świdnik w czasie stanu wojennego. / Źródło: NSZZ "Solidarność" Lublin
Dodano
- Tak uderzali w drzwi, że widziałem jak się wysuwają wkręty od zamków. Wskoczyłem w buty. Łapiąc kurtkę szepczę do żony: "Uciekam, zatrzymaj ich" - wspomina Alfred Bondos działacz „Solidarności” z PZL-Świdnik, którego władze próbowały internować 13 grudnia 1981 r.

AGNIESZKA NIEWIŃSKA: W nocy 13 grudnia pukają do pańskich drzwi. I co pan wtedy myśli?

ALFRED BONDOS: Wiedziałem, że to nie mogą być znajomi, którzy przyszli do mnie na rozmowę albo w karty grać, tylko milicja. To nie było zresztą pukanie lecz walenie i krzyki: „Bondos! Otwieraj!”. Było koło pierwszej w nocy. Tak uderzali w drzwi, że widziałem jak się wysuwają wkręty od zamków. Wskoczyłem w buty. Łapiąc kurtkę szepczę do żony: "Uciekam, zatrzymaj ich". Żona, stojąc w koszuli roztrzęsiona pyta: „Jak i którędy?” W pokoju płacze dwójka małych dzieci. Mieszkaliśmy na drugim piętrze, był duży mróz, napadało śniegu. Zerkam na dzieci i…

Ucieka pan?

Zanim wpadli wyskoczyłem na balkon. Z trudem uporałem się ze sznurkami do suszenia prania, po czym zeskoczyłem na ziemię. Milicjanci wpadłszy do mieszkania świecili latarką w dół, wołając: „Tu jest! Tu!” Kiedy zbiegali schodami, ja już uciekałem w kierunku zachodnim.

Przed 13 grudnia spodziewał się pan, że coś takiego może się wydarzyć?

Przeczuwaliśmy, że coś się wkrótce zdarzy, że władza nie będzie już tak łagodnie obchodzić się z „Solidarnością”. W tamtym czasie byłem członkiem Prezydium Komisji Zakładowej. W sobotę 12 grudnia w zakładzie pracy zostawiliśmy ludzi w pogotowiu strajkowym, rozpisując plan działania. Tak na wszelki wypadek. Kiedy jedni zostali w zakładzie ja pojechałem do Lublina na spotkanie ze związkowcami włoskimi. W WSK zajmowałem się sprawami socjalno-bytowymi, chcieliśmy zorganizować wymianę naszej młodzieży z młodzieżą z Zachodu. Ze spotkania wróciliśmy do domu koło północy ostatnim pociągiem, razem z Ryszardem Kuciem – sąsiadem z klatki obok. Ledwo zasnąłem obudził mnie tumult na klatce schodowej, krzyki i uderzanie w drzwi.

Zeskoczył pan z balkonu i co dalej?

Pod klatką stała tylko milicyjna nyska, zwana suką. Później okazało się, że siedział tam Rysiek Kuć o czym wtedy nie wiedziałem. Zamknęli go w niej i przyszli po mnie – na szczęście dla mnie weszli na górę całą grupą. Jeszcze w mieszkaniu zdążyłem zerknąć przez judasza. Na klatce schodowej było ich pełno, a przed blokiem nikogo, więc nikt mnie nie zatrzymywał. Pobiegłem do głównej ulicy – wtedy nosiła nazwę Przodowników Pracy i prowadziła do zakładu WSK.

Biegł pan do zakładu?

Wcześniej, tak się umówiliśmy, że gdy coś złego będzie się dziać, to idziemy do zakładu. Ja jednak nie mogłem się do niego dostać. Teren parku był ogrodzony płotem, a na skrzyżowaniu stała milicja. Ta sytuacja zmusiła mnie do zawrócenia i wejścia do pobliskiego młodzieżowego klubu Iskra. Było tam jeszcze paru bywalców, raczących się alkoholem.

Kiedy tam wszedłem kulejący i blady jak ściana, zauważyli, że coś się dzieje. Znali mnie z zakładu. Zaczęli pytać co się stało? Nie byłem wylewny. Wkrótce wyszli. Został kierownik i jego pomocnik. Pomogli mi ukryć się w rupieciarni klubu, skąd miałem widok na ulicę Przodowników Pracy. Nie miałem jak zawiadomić kolegów, że jestem w Iskrze. Zdążyłem tylko zadzwonić do kilku osób z krótką informacją, że władza aresztuje działaczy „S”.

Telefon działał?

Jeszcze działał, ale po kilku połączeniach został rozłączony. Miałem pod ręką mazak i kartki. Pisałem na nich: „Solidarność” jest atakowana! Prosiłem chłopaka z Iskry, żeby zanosił te kartki na pobliski dworzec i rozdawał ludziom w pociągach. Tyle mogłem zrobić. O świcie zaczęła wyć syrena zakładowa. Ludzie pocztą pantoflową podawali sobie informacje o tym, co się dzieje i szli do zakładu. Kiedy zobaczyłem idące w stronę fabryki grupy pracowników napisałem na kartce, że ukrywam się w Iskrze. Wysłałem chłopaka z klubu, podał ją jednemu z idących. Siedząc w rupieciarni nie wiedziałem nawet o tym, że ogłoszono stan wojenny. Przypuszczałem tylko, że skoro milicja przyszła po mnie, to pewnie po innych też. Około godz. 9 do Iskry wpadli koledzy z zakładu. Przyjechali po mnie zakładową karetką.

I karetką się pan dostał na teren WSK Świdnik?

Karetką. Załoga zrobiła nawet szpaler do głównego skrzyżowania, żebyśmy mogli przejechać. Nie było szansy, aby w drodze mnie zwinęli. Kiedy dotarłem do hali numer jeden było tam już około tysiąca osób. Wiedzieliśmy, że wielu z komisji zakładowej zostało internowanych. Z tych, których władza nie zamknęła utworzyliśmy komitet strajkowy. Wszedłem w jego skład. Koledzy, widząc, że nie zostałem zwinięty przez milicję wsadzili mnie na jakiś wielki przyrząd, żebym przemawiał. Wiedząc już, że Jaruzelski wprowadził stan wojenny czułem, iż trzeba dodać otuchy załodze. Natychmiast komitet strajkowy ogłosił strajk okupacyjny, mnie skierowano do zakładowego radiowęzła. Już wcześniej prowadziłem w nim audycje, a załoga znała mój głos. Przyszło mi nadawać przez trzy doby, bez przerwy.

Przez trzy dni panowaliście nad terenem świdnickiego zakładu i milicja na to pozwoliła?

13 grudnia w nocy byli przed zakładem, kręcili się wokół, ale do środka nie weszli. Musieliby wpierw rozbroić straż przemysłową, która chroniła zakład i miała ze sobą broń. W południe, kiedy już nadawałem w radiowęźle, na lotnisku lądowały helikoptery z żołnierzami. Przewodził im płk. Grzegorczyk ze swoją świtą. Myślał, że wyjdzie ze szczekaczką, każe opuścić zakład a my podwiniemy ogony. Sprowadzono go do parteru. Nasi chłopcy wyprowadzili żołnierzy poza teren zakładu na obiekty sportowe Avii. Wzmocniliśmy straż i przejęliśmy władzę nad firmą. Bramy były zablokowane przez ciężarówki, widłaki, cysterny i ludzi. Służby pracowały, kuchnia ze stołówką działały. W tym czasie wydaliśmy nawet trzy numery naszego pisma – „Grot”. W zakładzie pracowało ponad 9 tys. osób, w czasie strajku było nas około 5 tys. A zakład, był jak zagrożone miasteczko, w którym należało wszystko dobrze zorganizować.


Pod płotem ustawiały się rodziny strajkujących, przynosiły wieści, ciepłe ubrania i żywność. Z dostawami przyjeżdżali też rolnicy, lecz byli przez milicję zawracani. Na hali odprawiano msze święte. Między maszynami spowiadali księża – niesamowite widoki i… przeżycia!

W pamięci szczególnie mam jedność załogi. Pewnie gdzieś za plecami były osoby działające przeciwko nam, ale w głównym trzonie byliśmy zjednoczeni wobec działań junty Jaruzela.

Co pan nadawał przez radiowęzeł?

Czego nie nadawałem? Puszczałem piosenki – „Żeby Polska była Polską” Pietrzaka, „Boże coś Polskę”, hymn, mowę gen. Mieczysława Boruty-Spiechowicza do żołnierzy z I zjazdu „Solidarności”. Czytałem wiersze, apele i odezwy. Byłem łącznikiem między komitetem strajkowym, załogą i rodzinami na zewnątrz. Wołałem: „stan wojenny jest nielegalny! Prawda jest po naszej stronie – zwyciężymy!” Czas upływał na umacnianiu się w tym co robimy, w patriotyzmie. To była swego rodzaju wojna na słowa. Apelowałem do załogi, żeby nie słuchała płk. Grzegorczyka, bo nie jest żadnym żołnierzem tylko milicjantem. Ten rozpinał mundur na piersiach krzycząc, że jest żołnierzem, a gdy dorwie Bondosa, to zastrzeli jak psa.

Cały czas wiedzieliśmy co się wokół nas dzieje, bo w wielu punktach zakładu mieliśmy ludzi z krótkofalówkami. Dostawałem od nich informacje i przez radiowęzeł przekazywałem je komitetowi strajkowemu i załodze. A radiowęzeł, docierał nawet do najmniejszej pakamery w fabryce. Dodatkowo na zewnątrz ustawiliśmy potężne kolumny nagłaśniające.