WspomnieniaCzerwoni nasyłali na nas kryminalistów. Mieliśmy na nich prosty sposób

Czerwoni nasyłali na nas kryminalistów. Mieliśmy na nich prosty sposób

Dodano

Dostałem też wtedy „Gazetę Robotniczą” z dnia 6 stycznia 1982 r. Była w niej rozmowa z Bogumiłem Kocikiem. Przez pewien czas był on (jak się wtedy mówiło) jednym z czołowych działaczy wałbrzyskiej Solidarności. Przeczytałem w tym tekście: „Toteż nim zdążyliśmy się zorientować, doradcy – czyli ludzie z KOR-u – na dobre rozpanoszyli się w wałbrzyskim MKZ-ecie. Bardzo aktywny był pan Pilchowski, który nawet dofinansowywał nasze wydawnictwo”..

No cóż. Tekst ten pokazywał dobrze „niezabliźnione rany” wałbrzyskich esbeków. Od pierwszych dni istnienia Solidarności byliśmy bowiem w stanie drukować duże ilości ulotek i wydawać pismo Biuletyn Informacyjny. Papier kupiłem „z własnej kieszeni”, w której miałem przeszło 40 tysięcy złotych, które dostałem od taksówkarzy. Była to wtedy suma w okolicach przeciętnej rocznej pensji. (KOR też się dokładał, gdyż udało mi się ściągnąć w Wrocławia i Warszawy dużo książek, które były wtedy „na wagę złota”.)

Pod koniec stycznia cele zostały otwarte. Zebraliśmy się w świetlicy. Zaczęła się dyskusja o tym, czy powinniśmy z esbekami rozmawiać. Powiedziałem coś w stylu: Jako działacze związku zawodowego powinniśmy negocjować z władzami, ale dopiero wtedy, gdy nas wypuszczą. Z Esbekami rozmawiać pod żadnym pozorem nie należy – we własnym dobrze pojętym interesie, gdyż to, co powiemy może być wykorzystywane przeciw nam.

Na drugi dzień przyszedł klawisz i powiedział, że mam iść na przesłuchanie. Odpowiedziałem, że nie mam na to ochoty. Odszedł, ale po chwili przyszło ich kilku i zostałem na to przesłuchanie zaniesiony:

- Panie Jacku. Widzę, że nie możemy się dogadać.

- Faktycznie. Jak były lekcje rosyjskiego to często wagarowałem.

Dwa lub trzy dni później. Klawisz powiedział, że mam się szykować do transportu. Jechaliśmy kilka godzin. Na miejscu, otworzono wielkie stalowe drzwi i wepchnięto mnie do środka. Po chwili otoczyła mnie gromada wrocławskich znajomych i dowiedziałem się, że jestem w Nysie. Opowiedziałem im swoje dotychczasowe przygody i zapytałem, gdzie są klawisze: "Gdzie mam być „zakwaterowany”? Koledzy odpowiedzieli, że klawisze się tutaj w takie rzeczy nie wtrącają, a Lothar Herbst powiedział, że mają w celi wolną prycze i mogę się do nich wprowadzić. W porównaniu z Wałbrzychem, Świdnicą i Kamienną Górą, Nysa była „ośrodkiem wczasowym”. Siedział tam około 400 osób. Cele były cały czas otwarte. Można było grać w szachy, w brydża i w ping-ponga. Kwitło też rękodzieło artystyczne. Najbardziej popularne były linoryty lub drzeworyty, które pozwalały drukować pamiątkowe pieczątki oraz metaloplastyka czyli krzyżyki, orzełki i ryngrafy.

Mieliśmy też dostęp do więziennej biblioteki. Korzystając z tego, że w Nysie siedziało wielu pracowników wrocławskich uczelni powstał nawet Wolny Uniwersytet Internowanych którego Herbst był rektorem. Pamiętam wiele ciekawych prelekcji. Szczególnie mocno utkwił mi w głowie wykład (niestety nie pamiętam jego nazwiska) młodego architekta lub może raczej urbanisty. Mówił o relacji pomiędzy architekturą (urbanistyką) i kulturą oraz systemem politycznym i społecznym. Wiele lat później z wypiekami na twarzy czytałem książki amerykańskiego socjologa Richarda Sennetta; „The Conscience of the Eye. The Design and Social Life of Cities” oraz „Flesh and Stone. The Body and the City in Western Civilization”. Oczywiście pamiętam też dobrze moją prelekcję; „Opozycja demokratyczna od wewnątrz”.

Nie należę do ludzi nieśmiałych, ale tym razem miałem autentyczną tremę. Większość tego, co mówiłem dotyczyła problemu, który określić chyba należy jako „samotność w grupie”. Jest bowiem fajnie, gdy jest się na jakimś konspiracyjnym spotkaniu lub się coś drukuje. Jest gorzej, gdy idzie się samemu z torbą pełną bibuły. Wtedy nie wiadomo, czy ten lub tamten facet to przypadkowy przechodzeń czy tropiący nas esbek.

Mówiłem więc o tym, że działając w konspiracji trzeba nauczyć się żyć w stanie pewnego rodzaju rozdwojeniu jaźni. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, ale trzeba również umieć zapominać o tym, że jest się tropionym, gdy idzie się na spacer lub do kina. Inaczej grozi nam „mania prześladowcza”. Przez jakiś czas po tej mojej prelekcji zbierałem pochwały. Chyba były szczere. Chyba udało mi się mówić o rzeczach, które do wielu internowanych jeszcze nie dotarły. Było bowiem fajnie. Byliśmy w grupie.

Któregoś dnia powiedziano nam, że internowano również prawdziwych kryminalistów-recydywistów i będą do nas dokwaterowani. Czerwoni zakładali chyba, że będą kłopoty. Nie daliśmy się jednak w takie maliny wpuścić. Umówiliśmy się, że jeśli ci ludzie są internowani, to są naszymi kolegami i kropka. Przywieziono ich około trzydziestu. Na przywitanie każdy z nich dostał paczkę z herbatą, mydłem i papierosami. Zaskoczyło ich to. Wytłumaczyliśmy im, że mamy bank, który daje takie rzeczy każdemu nowemu, aby się zagospodarował. To był dobry pierwszy krok i przez cały czas ich pobytu nie doszło do ani jednej awantury. Zabrano ich po miesiącu. Podobno dostali paszporty i wyjechali do zachodniego Berlina, gdyż tylko tam można było wtedy wjechać bez wizy. Korzystając z tego, że w Nysie siedziało wielu kolegów do których miałem zaufanie, starałem się również tkać sieć konspiracyjnych kontaktów pomiędzy Wałbrzychem i Wrocławiem.

Trwały też dyskusje nad tym, jak powinien wyglądać kolportaż bibuły. Należałem do grupy, która mówiła, że większe rzeczy (książki, eseje, itd.) należy publikować bez datowania. Mówiliśmy też, że części ulotek i pism należy kolportować w sposób „bezkontaktowy”, czyli rozkładając je w przypadkowych miejscach - najlepiej na terenie dużych zakładów. Były to sugestie wynikające z przekonania, że podziemna Solidarność powinna docierać również do tych, którzy będą się bali, gdyż „To może być prowokacja”..

Na przełomie czerwca i lipca doszło też do zadymy w trakcie widzenia z rodzinami. O ile dobrze pamiętam, chodziło o to, że któryś z klawiszy wypatrzył przemyt i chciał komuś zrobić dodatkową rewizję. W efekcie, komendant rozkazał zamknięcie nas w celach i zrobienie kipiszu. Na znak protestu ogłosiliśmy głodówkę. Miałem dokonać symbolicznego wyrzucenie platerów (aluminiowe miski i kubki) na korytarz. Widząc to jeden z klawiszy zatrzasnął drzwi i o mały włos nie zmiażdżył mi stopy. Widząc to, Janek Baca krzyknął: „Ty ch…!”

Następnego dnia zaprowadzono mnie na przesłuchanie i dowiedziałem się, że zrobią mi sprawę sądową za użycie słów wulgarnych w stosunku do funkcjonariusza. Zapytałem czy nie mają lepszego pretekstu. W odpowiedzi usłyszałem: „To nie ma znaczenia. Będziesz siedział”.. Opowiedziałem o tym w celi i Janek chciał się zgłosić i przyznać, że to on. Zabroniłem mu tego kategorycznie, gdyż jeśli jest decyzja, że mam siedzieć „to nie ma znaczenia” za co dostanę wyrok.

Pierwsza rozprawa odbyła się ósmego lipca. Miałem dwóch adwokatów. Panią którą załatwiła nyska Solidarność i pana z Wałbrzycha którego rekomendowała sędzia Ewa Makowska (działaczka wałbrzyskiej Solidarności - członek Krajowej Komisji Rewizyjnej). Sala pełna była publiczności. Dostałem nawet kwiaty.

Drugą rozprawę wyznaczono na dwudziestego siódmego lipca. Podczas rozmowy z panią adwokat dowiedziałem się, że ten klawisz „nie widział tylko słyszał”. Powołaliśmy więc jako eksperta Wojtka Myśleckiego. Wojtek też był internowany i sam to zasugerował, gdyż miał doktorat z akustyki czy czegoś podobnego. To był strzał w dziesiątkę. Do dziś mam w oczach Wojtka który z kamienną twarzą tłumaczył co stanie się z fala dźwiękową słów „Ty ch…!” po przejściu przez dwucalowe dębowe drzwi. Nawet pani sędzi nie potrafiła utrzymać powagi.

Trzydziestego lipca przewieziono mnie do więzienia w Grodkowie. Dopiero w listopadzie dostałem pismo z którego wynikało, że sprawa została zawieszona.

Więzienie w Grodkowie do miłych nie należało. Znowu było ciasno i ciemno. Co gorsza, znów zamykano cele. Na nasze szczęście przywieziono tam również chłopaków z Głogowa. To byli robotnicy w najlepszym tego słowa znaczeniu, czyli ludzie dla których takie urządzenia mechaniczne jak zamki nie miały tajemnic. Przemycili też z sobą narzędzia. Pamiętam własne zdziwieni i podziw, gdy nagle okazało się, że cele są znów otwarte i krata oddzielająca piętra jest tak wygięta, że nie można jej zamknąć. Klawisze wpadli w popłoch. Zagonili nas do cel, ale zamknąć już nas nie mogli, gdyż po otwarciu zamki zostały zabetonowane. Przyjechała atanda czyli więzienne ZOMO. Moja ulubiona scena z tej zadymy to zwarty szyk dużych facetów w hełmach z tarczami i pałkami, naprzeciw których stał jeden (mały był i chudy) z kolegów i tłumaczył im spokojnie, że nie muszą się niczego bać, gdyż nie mamy zamiaru robić im krzywdy. Po wymianie zamków, komendant uznał chyba, że nie warto się wygłupiać. Cele pozostały otwarte i życie wróciło do normy.

Z czerwonego punktu widzenia, Grotków był więc błędem. Zwieźli tam ludzi z całego Dolnego Śląska i dzięki czemu łatwiejsze było tkanie sieci konspiracyjnych kontaktów.