Wspomnienia„Poszłam na komendę, wróciłam do domu po siedmiu miesiącach”

„Poszłam na komendę, wróciłam do domu po siedmiu miesiącach”

Barbara Napieralska. Fot. Archiwum
Barbara Napieralska. Fot. Archiwum
Dodano
- Myśleliśmy wtedy: „Co nam oni mogą zrobić?! Przecież nas jest dziesięć milionów!” - mówi Barbara Napieralska, działaczka poznańskiej Solidarności, członek Komitetu Założycielskiego „S”

MACIEJ PIECZYŃSKI: Jak wspomina pani dzień 13 grudnia 1981 r.? Z czym dziś przede wszystkim kojarzy się pani ta data?

BARBARA NAPIERALSKA: Pierwsze, co przychodzi mi na myśl o dniu 13 grudnia, to zamach na wolną Polskę, dokonany przez Jaruzelskiego. Zamach na wolną Polskę i atak komuny na Solidarność. Nie byłam na taki bieg wydarzeń przygotowana. Oczywiście, w gronie działaczy Solidarności panowało przekonanie, że coś się szykuje, że czekają nas jakieś radykalne działania władzy, może stan wyjątkowy, może stan wojenny. Jednak mimo to nie dopuszczałam do siebie świadomości, że do czegoś takiego może dojść.

Nie spodziewała się pani, że władza jednak zdecyduje się na radykalne działania?

Nie. Być może byłam wtedy jeszcze naiwna. Wciąż byłam pod wielkim wrażeniem tego, co udało się w społeczeństwie zbudować podczas karnawału Solidarności. Na te kilkanaście miesięcy uwierzyliśmy, ze pojawiła się szansa, by odbudować kraj. To była wielka euforia. Oczywiście, z upływem czasu było coraz więcej prowokacji ze strony władzy. Nadal jednak myśleliśmy sobie: „Co nam oni mogą zrobić?! Przecież nas jest dziesięć milionów!”. A jednak komunistom udało się nas spacyfikować.

Stan wojenny przetrącił kręgosłup Solidarności?

Z pewnością złamał kręgosłup znacznej części społeczeństwo, w tym również wielu członków Solidarności.

Internowana została pani 14 grudnia. Jak spędziła pani cały pierwszy dzień stanu wojennego?

13 grudnia my, działacze Solidarności, przede wszystkim szukaliśmy się nawzajem. Pojawiały się pierwsze informacje o zatrzymaniach naszych kolegów i koleżanek. Odwiedzaliśmy więc znajomych, sprawdzaliśmy, kogo zatrzymali, a kogo jeszcze nie. Na Uniwersytecie Adama Mickiewicza funkcjonowała jedna z najsilniejszych poznańskich organizacji związkowych Solidarności. Właśnie tam już tego pierwszego dnia zaczęliśmy gromadzić informacje o kolejnych zatrzymaniach. W uniwersyteckiej komisji zakładowej zorganizowaliśmy punkt zbierania informacji. Sporządziliśmy listy zatrzymanych osób i wywieszaliśmy na drzwiach uczelnianych gabinetów. Co chwilę ktoś przychodził i dopisywał do tych list kolejne nazwiska. Właśnie cały pierwszy dzień stanu wojennego spędziłam w ten sposób. Zaczęło się robić gorąco. Pod uniwersytetem stało ZOMO, a my wciąż drukowaliśmy listy zatrzymanych.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

W jakich okolicznościach została pani internowana?

Byłam wówczas kontrolerem jakości w Wielkopolskich Zakładach Teleelektronicznych Telkom-Teletra. Po prostu w poniedziałek, dzień po wprowadzeniu stanu wojennego, najzwyczajniej w świecie poszłam do pracy. Zakład był zmilitaryzowany. Dzień w pracy upłynął mi na ukrywaniu materiałów komisji zakładowej. Byłam wówczas na etacie związkowym. Gdy wróciłam do domu, okazało się, że dostałam wezwanie na komendę milicji.

Nie próbowała się pani ukryć, uciec?

Nie. Nie miałam zamiaru się ukrywać, myślę też, że nie potrafiłabym. Poszłam na komendę i wróciłam do domu po siedmiu miesiącach… Trafiłam do ośrodka odosobnienia w Gołdapi.

Dlaczego nie próbowała pani uniknąć internowania?

A dokąd miałabym pójść? Okazało się, że wszyscy moi bliżsi znajomi byli zaangażowani w działalność związkową.

W ośrodku odosobnienia w Gołdapi podjęła pani głodówkę w proteście przeciwko nieudzieleniu internowanej ze Szczecina przepustki na pogrzeb syna. Jak to było dokładnie?

Koleżanka dostała informację o śmierci syna. Odmówiła podpisania „lojalki”, dlatego też odmówiono jej wyjazdu na pogrzeb. Podjęłyśmy więc w grupie internowanych głodówkę. Ja nie przyjmowałam jedzenia przez cztery dni. Koleżance ostatecznie wydano przepustkę.

Nie bała się pani, że władza się nie przestraszy waszej głodówki?

Nie. Przebywanie w ośrodku odosobnienia to bardzo specyficzna sytuacja. Wytwarza się wówczas pewien rodzaj bardzo silnej solidarności, więzi między ludźmi. Dlatego też, niezależnie od jakichkolwiek obaw, my po prostu wiedziałyśmy, że trzeba stanąć twardo po stronie jednej z nas i bronić jej praw do końca.

Czytaj także:
„Bezpieka przeoczyła radio”. Tak kobiety z Gołdapi ograły SB

To był taki moralny automatyzm?

Tak. Wierzyłyśmy, że będziemy protestować do skutku. Przekroczona została pewna granica i wiedziałyśmy, że nie ma już odwrotu. Jestem przekonana, że gdyby koleżanka nie dostała przepustki, protestowałybyśmy do skutku.

Jak pani wspomina sam ośrodek odosobnienia?

Nazywałyśmy to miejsce „złotą klatką”. Nie było to sensu stricto więzienie, ale ośrodek wypoczynkowy radia i telewizji, więc panowały tam dość dobre warunki mieszkaniowe. Niemniej ograniczenie wolności było bardzo dojmujące. Najgorsze było to, że nie wiedziałyśmy, jak długo tam będziemy siedzieć. To było więzienie bez terminu, bez wyroku. Nikt nie wiedział, czym to się skończy. Oczywiście, nie każda z nas była w takiej samej sytuacji. Ja na przykład, w odróżnieniu od wielu innych, nie miałam rodziny ani dzieci. Nie miałam więc tego obciążenia psychicznego, które towarzyszyło wielu uwięzionym wraz ze mną kobietom. Matki straszono odebraniem dzieci, żony szantażowano, że rodzina będzie mieć kłopoty, jeśli nie zaczną współpracować… Z tego stresu tworzyły się też liczne napięcia. Dominowało jednak poczucie solidarności i gotowości do wzajemnego wspierania się w trudnych chwilach.

Jak internowanie wpłynęło na wolę walki z komunizmem?

Mnie to utwierdziło w przekonaniu, że nie można inaczej, że trzeba kontynuować to, co robiłam do tej pory. Podczas internowania spotkałam z wieloma osobami, które w taką działalność niepodległościową były zaangażowane od wielu lat: pani Gwiazda, Gajka Kuroniowa, Anka Walentynowicz, wiele innych koleżanek… Nie miałam takiego poczucia, że jeśli kiedyś stamtąd wyjdę, to zaszyję się gdzieś i przestanę działać. Wręcz przeciwnie. Poza tym skala represji sprawiła, że można było dokądkolwiek w kraju pojechać, i wszędzie spotykało się kogoś „swojego”, kto przeszedł przez to samo. To w pewnym sensie wzmacniało poczucie wspólnoty…

Wspólnoty pokrzywdzonych przez system komunistyczny?

Ja tego tak nie odbieram. Po internowaniu moja działalność była bardziej świadoma. Wiadomo było, na co się decyduję, i z jakim ryzykiem muszę się liczyć, podejmując w PRL działalność opozycyjną. Represje natomiast wzmacniały poczucie wspólnoty ludzi, którzy nie bali się w tę działalność zaangażować, niezależnie od konsekwencji.

Zapraszamy do przesyłania wspomnień ze stanu wojennego. Najciekawsze teksty i zdjęcia opublikujemy w naszym portalu. Wspomnienia można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl.

Więcej wspomnień