WspomnieniaEsbecy przyszli przed północą

Esbecy przyszli przed północą

Józef Gutowski. Fot: Achiwum autora.
Józef Gutowski. Fot: Achiwum autora.
Dodano
- Stan wojenny pogłębił zapaść gospodarczą polskiego rolnictwa i pociągnął za sobą ofiary śmiertelne wśród działaczy rolniczej Solidarności. Decyzji Jaruzelskiego nie da się usprawiedliwić - mówi Józef Gutowski, działacz rolniczej Solidarności.

MACIEJ PIECZYŃSKI: Był pan działaczem Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Dlaczego w takim razie postanowił pan wstąpić do Solidarności?

JÓZEF GUTOWSKI: Może najpierw powiem, dlaczego wstąpiłem do ZSL. Otóż, brat stryjeczny i brat rodzony mojej matki byli działaczami przedwojennego PSL. Po wojnie angażowali się dalej, pomimo że szyld ludowców przejęła komunistyczna władza. Długo się zastanawiałem, miałem opory, ale w końcu mnie namówili, bym wstąpił do ZSL.

Co pana przekonało? Przecież było wiadomo, że to przybudówka PZPR, która z przedwojennymi ludowcami niewiele miała wspólnego.

Brat stryjeczny matki powiedział mi tak: „słuchaj, może przyjdzie taki czas, że będziemy potrzebować „naszych ludzi” w ZSL”. Rzeczywiście, przyszedł taki czas. ZSL, jako legalne, parlamentarne ugrupowanie, brał udział w głosowaniu nad stanem wojennym. Niestety, wówczas okazało się, że zbyt mało w tej partii było naszych ludzi. Większość zeteselowców opowiedziało się za wprowadzeniem stanu wojennego. Nie zaprotestowali przeciwko decyzji Jaruzelskiego.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

Co takiego Solidarność dawała rolnikom, czego nie mogło zaoferować ZSL?

Podstawową kwestią było dla nas prawo do własności ziemi. Komuniści tego prawa nie szanowali. Uchwalona w latach 70 ustawa o emeryturach i rentach była tak naprawdę furtką, dzięki której państwo mogło przejmować ziemię od rolników indywidualnych. Sytuacja na wsi robiła się coraz gorsza. 75 procent ziemi było w rękach rolników indywidualnych, a 25 procent należało do Spółdzielni Kółek Rolniczych, do PGR, czyli tak naprawdę do państwa. Z kolei środki produkcji rozkładały się odwrotnie: tylko jedna czwarta przysługiwała rolnikom indywidualnym, resztą dysponowały państwowe instytucje. Do tego ciągle brakowało nam sprzętu rolniczego, ciągników, maszyn.

Jak wspomina pan początek stanu wojennego?

Pochodzę z Wielodroża w gminie Przasnysz. Dla mieszkańców mojej wsi, podobnie jak chyba dla wszystkich, wprowadzenie stanu wojennego było wielkim zaskoczeniem. Nasze nastroje pogarszała jeszcze fatalna pogoda. Spadło bardzo dużo śniegu. O ile w mieście można było się jakoś poruszać, to u nas drogi były zasypane, ciężko było się wydostać ze wsi. A nawet jeśli się udawało, to wyjeżdżających czekały uciążliwie kontrole milicyjne. Wśród lokalnych działaczy rolniczej Solidarności dało się odczuć głębokie przygnębienie. Na początku zamarła wszelka działalność związkowa. Paru z nas internowano. Po działaczy Solidarności w naszej okolicy zaczęli przychodzić esbecy już po godz. 21, w sobotę 12 grudnia, zanim jeszcze zaczął obowiązywać stan wojenny. Ja na szczęście uniknąłem internowania…

Jak to się stało?

W sobotni wieczór 12 grudnia byłem w odwiedzinach u swojej ciotki, która mieszkała na drugim końcu wsi. Gdy wróciłem do domu, po godz. 21 zapukał do mnie sąsiad. Powiedział tylko „Andrzeja zabrali”. Chodziło o Andrzeja Babeckiego, który też działał w rolniczej Solidarności. Na początku zlekceważyłem to ostrzeżenie. Andrzej ubijał zwierzęta gospodarskie i handlował na własny użytek mięsem, co było wtedy nielegalne. Myślałem, że może za to go zatrzymali. Położyłem się spać. Nagle obudziło mnie stukanie do okna. A to przyszedł pan Bojarski, mieszkaniec sąsiedniej wsi, mąż działaczki Solidarności. Mówi: „moją żonę przyszli aresztować. Przyjdą też po ciebie. Uciekaj!”. Co ciekawe, esbecy przyszli po jego żonę, ale nie dali rady jej zatrzymać. Miała kilku już dorosłych synów, którzy akurat byli w gospodarstwie i nie pozwolili zabrać matki.

Esbecy przestraszyli się kilku młodych chłopaków?

Widocznie nie chcieli robić awantury. Zabrali ją kiedy indziej. Tak czy inaczej, tego drugiego ostrzeżenia już nie zlekceważyłem. To już nie mógł być przypadek. Zrozumiałem, że coś niedobrego się dzieje. Powiedziałem do żony: „słuchaj, idę przechować się do ciotki. Gdyby przyszli po mnie esbecy, to powiedz, że pojechałem do szwagra, do Makowa”.

Poszedłem do ciotki, tej samej, u której byłem wcześniej, tego samego wieczoru. To było przed północą, więc telefony jeszcze nie były wyłączone. Postanowiłem więc ostrzec innych działaczy z okolicy. W tamtych czasach na wsi mało kto miał prywatny telefon. Poszedłem do lokalnej siedziby Spółdzielni Kółek Rolniczych. Dozorca mnie wpuścił, pozwolił skorzystać z telefonu.

Zadzwoniłem do pana Grotkowskiego z Przasnysza. „Panie Mieciu, niech pan się ulatnia, bo naszych zabierają” – mówię mu. On też początkowo zlekceważył ostrzeżenie, bo mieszkał niedaleko bazy PKS i wiedział, że kierowców zabierali na przeszkolenie do ROMO (Rezerwowych Oddziałów Milicji Obywatelskiej), myślał, że zatrzymania dotyczą właśnie kierowców, a nie działaczy Solidarności. Wróciłem do ciotki. Po jakimś czasie przyszła moja córka, którą żona przysłała z ostrzeżeniem. Okazało się, że esbecy już byli. Otoczyli dom, zrobili rewizję, zabrali dokumenty związkowe. I pojechali.

Nie wrócili już po pana?

Nie. Na drugi dzień poszliśmy na plebanię, żeby od proboszcza – który jako jeden z niewielu w okolicy miał telefon – zadzwonić do znajomych z Ostrołęki, w nadziei, że oni wiedzą coś więcej o tym, co się stało. Jednak wszystko stało się jasne, zanim wykręciłem numer. Proboszcz włączył telewizję, a tam już generał w ciemnych okularach ogłaszał wprowadzenie stanu wojennego. Każdy z lokalnych działaczy musiał się gdzieś ulotnić na jakiś czas…

Gdzie pan się ulotnił?

Przechowałem się u znajomych. Udało się uniknąć zatrzymania. Zbliżało się Boże Narodzenie. Zaczęliśmy organizować paczki żywnościowe dla rodzin internowanych. Po jakimś czasie postanowiliśmy odnowić kontakty, zerwane po pierwszych zatrzymaniach. Niestety, esbekom udało się złamać wielu naszych. Niektórych szantażem zmuszali do podjęcia współpracy. Jeden z działaczy sam przyszedł do mnie i przyznał się, że podpisał zobowiązanie pod presją strachu o własną rodzinę. Mieszkał na kolonii, z dala od centrum wsi, na skraju lasu, z gromadką dzieci. Bał się o nie. Nie mam mu tego za złe. Poza tym uważam, że jeśli ktoś podpisał zobowiązanie do współpracy z SB, ale przyznał się do tego swoim kolegom z Solidarności, to był rozgrzeszony.

Przejdźmy do szczegółów pańskiej działalności podczas stanu wojennego. Zajmował się pan dystrybucją wydawnictw drugiego obiegu…

Jeszcze przed stanem wojennym, w okresie legalnej działalności związku, dostaliśmy z biura ZSL maszynę do pisania. Przechowywaliśmy ją u znajomego stolarza, który zajmował się robieniem trumien. Maszynę do pisania ukrył właśnie w trumnie i przysypał ją trocinami. Esbecy nigdy jej nie znaleźli! Na maszynie pisaliśmy apele do esbeków. Wzywaliśmy ich, by zachowywali się jak Polacy i nie represjonowali swoich rodaków. Wysyłaliśmy te odezwy z urzędów pocztowych w całym województwie tak, by nas nie namierzyli. Ogółem, w czasie stanu wojennego, esbecy kilkakrotnie przeprowadzali w moim domu rewizje. Podczas jednej z nich zabrali mi około 50 publikacji z drugiego obiegu.

Działał pan też w Duszpasterstwie Rolników Indywidualnych. Czym ono było dla działaczy Solidarności?

To była faktycznie przykrywka dla rolniczej Solidarności. Spotkania duszpasterstwa miały charakter nie tylko stricte polityczny. Sprzyjały pogłębianiu naszej religijności. Ponadto organizowaliśmy w ramach naszych spotkań wykłady na temat historii czy prawa. Duszpasterstwo było więc ośrodkiem samokształcenia, rozwoju intelektualnego dla rolników. Pamiętam, że pierwsze takie spotkanie zorganizowaliśmy w klasztorze w Czernej pod Krakowem. Przyjechali ludzie z całej Polski. Wieczorem klasztor otoczyło ZOMO. Nad nami latały helikoptery. Próbowali nas wystraszyć. Na część uczestników to podziałało. Niektórzy wpadli w panikę i wyjechali. Na drugi dzień, gdy spotkanie duszpasterstwa się skończyło, wracaliśmy do Krakowa podstawionym pod klasztor autobusem. Myśleliśmy, że to zwykła komunikacja. Okazało się, że autobus podstawili esbecy. Nie zatrzymali nas, ale spisali nasze dane i przesłuchiwali nas.

Duszpasterstwo nie było jedyną religijną formą naszej działalności. W ramach Solidarności Rolników Indywidualnych w 1982 r. zorganizowaliśmy pierwsze dożynki jasnogórskie. To wtedy bp Tokarczuk wygłosił słynną homilię, która tak wstrząsnęła komunistami, że poświęcono jej całą stronę w „Trybunie Ludu”, atakując Kościół za wsparcie Solidarności.

Czytaj także:
„Przydałoby się panu wpie…, panie Jedynak”

Na dożynki jasnogórskie jeździliśmy co roku dużą grupą, wioząc ze sobą transparenty i wieńce Solidarności. To było oczywiście nielegalne, a po drodze często kontrolowali nas milicjanci. Przeszukiwali luki bagażowe. Dlatego też szarfy z zakazanym napisem „Solidarność” pod bielizną ukrywały kobiety, których milicjanci nie rewidowali. Z reguły udawało się dojechać na Jasną Górę bez przeszkód. Problemy jednak się zdarzały. W połowie lat osiemdziesiątych, podczas kolejnych dożynek, kolega sfotografował mnie i jeszcze parę osób z wieńcem z napisem „Solidarność”. Podczas rewizji to zdjęcie znaleźli esbecy. Wezwali nas na kolegium, dostaliśmy dość wysoką jak na tamte czasy grzywnę – po 40 tysięcy złotych. To był jednak wyjątkowy przypadek.

Co stan wojenny zmienił w pana życiu, w pana postrzeganiu systemu komunistycznego?

Bardzo wiele. Stan wojenny pogłębił zapaść gospodarczą polskiego rolnictwa i pociągnął za sobą ofiary śmiertelne wśród działaczy rolniczej Solidarności. Duża część społeczeństwa, niestety, uważa, że jego wprowadzenie było słuszne. Moim zdaniem, decyzji Jaruzelskiego nie da się usprawiedliwić. Solidarność już nigdy nie osiągnęła tego stanu liczebnego, co w 1981 r. Również na wsi.

Józef Gutowski (ur. 1942 r.) jest rolnikiem i działaczem związkowym. W 1980 r. wstąpił do NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność” na terenie województwa ostrołęckiego. Był posłem X oraz I kadencji.

Zapraszamy do przesyłania wspomnień ze stanu wojennego. Najciekawsze teksty i zdjęcia opublikujemy w naszym portalu. Wspomnienia można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl.

Więcej wspomnień