WspomnieniaHumor, który przerażał komunę

Humor, który przerażał komunę

Rys. Andrzej Krauze. Archiwum autora
Rys. Andrzej Krauze. Archiwum autora
Dodano
Nawet jeśli na matrycy białkowej trzeba było wydrapywać je godzinami, w prasie podziemnej okresu stanu wojennego nie mogło ich zabraknąć. Rysunki satyryczne pełniły rolę ciosu zadawanego komunie

Gwiaździsta zimowa noc. Dwóch ciepło ubranych mężczyzn obserwuje zaśnieżona okolicę i ciągnący przez nią sznur czołgów. – Idą przebierańcy – komentuje jeden. – Ale będzie teraz szopka! – odpowiada drugi. To rysunek satyryczny Szczepana Sadurskiego z 1981 r. Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego charakterystyczny napis Solidarność na rysunkach spinano kajdankami, kontury Polski ogradzano murem lub drutem kolczastym niczym więzienny spacerniak. W satyrze pojawiali się ZOMO-wcy z pałami i bronią, wojskowi tłumiący zgromadzenia. Na jednym z rysunków Aleksandra Wołosa widać żołnierza z długą bronią, który na plecach niesie kosz, a w nim wiele uciętych rąk z gestem zwycięstwa – dwoma palcami ułożonymi w kształt litery „V”, który tak często pokazywali uczestnicy solidarnościowych manifestacji. Na Boże Narodzenie 1982 r. Aleksander Wołos narysował z kolei niemal całkowicie ogołoconą z gałązek choinkę i opatrzył ją komentarzem: „Wesołych Świąt! Mimo wszystko…”

„Wronek – wycinanka”

W rysunkowej satyrze stanu wojennego pełno było czerni, bo w rysunkach wielu twórców, których prace były kolportowanych na ulotkach i w wydawnictwach bezdebitowych pojawia się wrona. Ta szczególnie charakterystyczna wyszła spod ręki rysownika Andrzeja Krauzego.

– To było natychmiastowe skojarzenie. Po ogłoszeniu powstania Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego ze skrótem WRON w satyrze musiała się pojawić wrona. Na moich rysunkach była ubrana w czapkę – tłumaczy Andrzej Krauze. Na jego grafice z 1982 r. ilustrującej wybuch stanu wojennego wielka wrona w czapce, w ciemnych okularach i na smyczy, którą trzyma ktoś na Wschód od Polski rozkłada na łopatki orła białego. Na innym rysunku Krauzego z tego samego roku białego orła przypominającego tego z polskiego godła dopada stado wron rozrywając go na strzępy.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

Były wrony krążące nad Polską solidarnościową, twórcy rysowali wronie gniazda z ptakiem w ciemnych okularach łudząco podobnym do Wojciecha Jaruzelskiego i wojskowym hełmem. W wydanej w podziemiu książce „Pukanie spod dna. Zbiór kawałów ze stale minionego okresu” był z kolei „Wronek – wycinanka”, czyli wielka wrona, którą można było wyciąć scyzorykiem i nałożyć na głowę – m.in. zomowski hełm, czy czapkę z sowiecką gwiazdą.

Część rysunków z okresu stanu wojennego zachowała się w dobrym stanie. Przetrwały w archiwach własnych twórców, dzięki fotokopiom. Jednak zaglądając do wielu archiwalnych numerów pism bezdebitowych część rysunków ze względu na jakość druku trudno dziś rozszyfrować. Profesor Wojciech Polak historyk, przewodniczący Kolegium IPN i autor książki „Śmiech na trudne czasy: humor i satyra niezależna w stanie wojennym i w latach następnych” zwraca uwagę, że na samym początku stanu wojennego publikacja satyry rysunkowej była dla podziemnych drukarzy niełatwym zadaniem. – Zarządy regionów „Solidarności” miały swoje powielacze, po rozbiciu „S” wraz z wybuchem stanu wojennego wiele z nich zarekwirowała władza, ale i tak sporo z nich ocalało. Drukowano więc często na powielaczach. Początkowo rysunki satyryczne dość często bywały wyskrobywane na matrycach białkowych, co przy bardziej skomplikowanym rysunku kosztowało wiele wysiłku i zabierało wiele czasu. Mimo tego i tak je drukowano – opowiada historyk. Zwraca uwagę, że choć ogłoszenie stanu wojennego to wydarzenie dramatyczne, to satyra i żart miały ważną role do odegrania. – Ze śmiechem ludzkim jest tak, że pojawia się on nie tylko w momentach wesołych. Ludzie śmieją się zawsze, nawet w najczarniejszych momentach historii. Śmiano się przecież i w gułagach, i w obozach koncentracyjnych. W dramatycznych momentach takich jaki właśnie stan wojenny żarty, satyra były szczególnie potrzebne. Z jednej strony był to sposób odreagowania, odgryzienia się w stosunku do władzy. Rysunki zamieszczane w podziemnej prasie były swego rodzaju ciosem wymierzonym komunie. Z drugiej strony pełniły funkcję integrującą społeczeństwo. Wówczas ludzie byli bliżej siebie niż dzisiaj. Spotykali się właśnie po to żeby się pośmiać, pożartować czy pośpiewać. Kiedy uczestników spotkania zastawała godzina policyjna, nie pozostawało im nic innego, jak kontynuować spotkanie do rana. Wystarczyły placki ziemniaczane i pół litra wódki, które ktoś przyniósł – mówi prof. Polak.

Rysownik i karykaturzysta Mirosław Andrzejewski w grudniu 1981 r. miał zaledwie 19 lat. Jeszcze przed wybuchem stanu wojennego redagował, ilustrował i drukował niezależne pisma: „ABC”, biuletynu strajkowego NZS „Nierzeczywistość”, w których zamieszczał swoje rysunki. Związał się z Ruchem Młodej Polski, organizował na terenie rodzinnych Siedlec niezależne od ZHP harcerstwo. W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. został internowany – Rysowałem niemal od urodzenia, początkowo to były zwykłe rysunki dla rodziny, przyjaciół, kolegów ze szkoły. W liceum miałem swoją gablotę, w której zamieszczałem prace. Pierwszy raz polityka pojawiła się w niej dopiero kiedy byłem w klasie maturalnej. Zrobiłem swego rodzaju kolaż – wycięte z gazety głowy Gierka i Jaroszewicza wmontowałem w sierp i młot, dorysowałem im błazeńskie czapeczki – opowiada Mirosław Andrzejewski. – Skończyło się to u dyrektora. Groził wyrzuceniem ze szkoły, wypytywał mnie czy ktoś z opozycji mnie inspirował, z kim mam kontakty. Pierwszy raz usłyszałem wtedy o opozycji, to dyrektor zainspirował mnie by się z nią skontaktować. Robiąc tamten kolaż nie miałem poczucia, że to może być niebezpieczne. Tygodnie czy miesiące przed wprowadzeniem stanu wojennego to nie był dla mnie czas, w którym coś przeczuwałem, niepokoiłem się. Karnawał „Solidarności” to był dla mnie wspaniały, radosny okres. Sądziłem, że to już koniec komuny. Nie miałem doświadczenia grudnia 1970 – opowiada rysownik. Rysunki w pierwszych dniach stanu wojennego tworzył już zza więziennych krat. – Dostałem kartkę papieru z decyzją o internowaniu. Druga strona była pusta, więc można było na niej rysować.

Ubolek i Zomolek

Rysownicy doskonale rozumieli potrzebę śmiechu w trudnym momencie historii i siadali nad arkuszem papieru pomimo osobistych emocji. – Powstawaniu moich rysunków z okresu stanu wojennego towarzyszyły dramatyczne uczucia, bo moje życie w tamtym czasie było dramatyczne – opowiada Andrzej Krauze. – Mieszkałem wówczas w Paryżu, ale w grudniu 1981 r. wyjechałem do Londynu. Przygotowywałem otwarcie wystawy rysunków, dotyczyła ona powstania „Solidarności”. Właśnie tam zastała mnie informacja o wprowadzeniu stanu wojennego – opowiada rysownik.

Rysunki Andrzeja Krauzego ukazały się wówczas w największych brytyjskich gazetach. BBC pokazało także materiał o otwarciu wystawy. – Pierwsze moje rysunki na temat stanu wojennego dotyczyły jego wprowadzenia, pokazywały sedno sprawy. Z czasem kiedy za pośrednictwem brytyjskich gazet docierały do mnie kolejne informacje na temat sytuacji w Polsce rysunki dotykały szczegółów. Z pewnością były i do tej pory są one emocjonalne – mówi Krauze. – Początkowo rysunki dotyczące stanu wojennego w Polsce publikowałem w zagranicznych gazetach, ale szybko zaczęła się do mnie zgłaszać z prośbą o kolejne prace prasa emigracyjna, różne biuletyny „S” działające poza granicami Polski. Rysunki trafiały także do Polski, do prasy drugiego obiegu. W jaki sposób? Pocztą z oczywistych względów ich nie wysyłałem. Robiłem fotokopie rysunków i przekazywałem je przez różnych ludzi. Sam nawet nie wiem jaką drogę pokonywały rysunki. Wiele z nich odebrał ode mnie Bronisław Wildstein, który pod koniec stanu wojennego wydał w Paryżu książkę „Rok stanu wojennego” (Kontakt, Paryż 1982) z tymi rysunkami – opowiada Andrzej Krauze.

Krauze stworzył całą serię rysunków, w których ostrze satyry wymierzył w stronę absurdów stanu wojennego.– Co nam dał stan wojenny – brzmi wspólne hasło serii. – Rozwój czytelnictwa (cudzych listów) konstatuje Krauze rysując żołnierzy siedzących przy stole zarzuconym stertami listów, które pracowicie otwierają. Na inny rysunku z tej serii widzimy świnie ustawione w szeregu i odliczające niczym żołnierze na apelu. – Co nam dał stan wojenny – pyta Krauze. – Militaryzację rolnictwa – odpowiada. Na kolejnym rysunku z tej serii dowiadujemy się, że dzięki stanowi wojennemu zwiększyło się poczucie bezpieczeństwa. Na rysunku zwykły Kowalski ucieka przed zomowcem z pałą w jednej ręce i gotową do strzału bronią w drugiej.

Rysownicy z metod i argumentów władzy kpili na potęgę. ZOMO było częstym bohaterem satyry. Na rysunku Sławomira Łuczyńskiego dowódca wydaje rozkaz oddziałowi ZOMO wskazując na rosnące świerki: „Za dużo szumią!” – tłumaczy podkomendnym powód interwencji. Na rysunku Szczepana Sadurskiego z 1982 r. milicjanci niosą broń w skrzynkach i torbach. – Co to za broń – pyta jeden z nich. – To jest broń, którą znajdziemy przy rewizji u jednego z działaczy „Solidarności” – odpowiada drugi.

Bezdebitowe wydawnictwo „Junta juje! Obrazki z tak zwanego stanu wojennego”, którego już sam tytuł prowokował uśmiech czytelnika zamieściło komiks o dwóch bohaterach. Bolka i Lolka przerobiono tu na Ubolka i Zomolka, którzy ramię w ramię „stoją na straży porządku” i walczą z „wrogą ekstremą”, która „zakłóca spokój społeczny, wznosi antyrządowe okrzyki i nielegalnie się gromadzi”.

W zbiorze rysunków „Satyra stanu wojennego” wydanym w 1983 r. przez spółkę edytorską „NN” w Lublinie w 3 tys. egzemplarzy jest rysunek żołnierza z pałą, który nad stawem przegania stado kaczek: – Nie grupować się! – krzyczy do ptactwa.

Obiektami żartów byli rzecz jasna także poszczególni przedstawiciele władzy. W „Junta juje!” znajdziemy rysunki z serii „Kącik zabaw dla dzieci”. Zestaw z ciemnymi okularami opatrzono podpisem „Mały sprzedawczyk”. Ten z sierpem, młotem i opaską z gwiazdą to zestaw „Mały przyjaciel”. Wielkie uszy i łysina do złudzenia przypominająca pośladki (charakterystyka Jerzego Urbana), to „Mały rzecznik prasowy”. Zestaw „Mały Albin” (Albin Siwak – członek biura politycznego KC PZPR) to przepaska ze sztucznym okiem (Siwak miał szklane oko) i dzban (dawniej gliniane dzbany nazywano siwakami).

Profesor Polak zwraca uwagę, że z czasem jakość druku wydawnictw podziemia poprawiała się. – W podziemiu szybko zmieniały się techniki drukarskie. Już w połowie 1983 r. na szerszą skalę stosowano sitodruk, który pozwalał na zmieszczenie większej ilości tekstu na arkuszu papieru i druk fotografii – tłumaczy historyk. – W połowie lat. 80 podziemie stosowało już druk offsetowy. Sprzęt przeważnie pochodził z przemytu. Żeglarze, którzy mieli pozwolenie na żeglowanie po Bałtyku i cieśninach bez przybijania do zagranicznych marin byli jednak przyjmowani przez Szwedów i Norwegów, którzy przymykali na to oko. Maszyny drukarskie przypływały do Polski jachtami. Trzeba było tylko przekupić, albo upić polskiego celnika. Przyjeżdżały także TIR-ami wraz z darami z zagranicy. W efekcie już w drugiej połowie l. 80 spora część podziemnej prasy prezentowała dobry poziom drukarski. Pojawiły się m.in. setki gazetek wydawanych przez podziemne organizacje młodzieżowe jak choćby Federacja Młodzieży Walczącej czy Wolność i Pokój. Można było w nich znaleźć wiele żartobliwych treści, kolaży, rysunków. Wszystko to było drukowane techniką offsetową.

Zwykły obywatel na rybach

Tworzenie rysunków satyrycznych wymagało nie tylko poczucia humoru czy dobrej kreski. Uszczypliwości w postaci rysunków satyrycznych jak i ich autorzy byli na celowniku komunistycznych funkcjonariuszy. – Władza w stanie wojennym ścigała tych, którzy z niej żartowali tak samo jak wszystkich innych działających w opozycji. Satyra uznawana była za działalność antypaństwową. Często jednak satyrycy czy rysownicy byli działaczami opozycji, poza publikowaniem swoich rysunków w prasie podziemnej angażowali się także w inne prace podziemne, więc represje ze strony władz spotykały ich nie tylko w związku z ich żartobliwymi publikacjami. Znany jest jednak przypadek studenta z Torunia – Mirosława Dembińskiego – u którego podczas rewizji w 1982 r. znaleziona została makieta żartobliwego pisma, które przygotowywał. Usłyszał za to wyrok roku więzienia w zawieszeniu – opowiada prof. Wojciech Polak.

Mirosław Andrzejewski, który nawet podczas szkolnej wycieczki na milicyjnej nysce stojącej pod Pałacem Kultury wymalowałem kredą znak Polski Walczącej, zwraca uwagę, że władza za szczególnie groźne uznawała antyrządowe napisy na murach. – Jednak po latach oglądając dokumenty w IPN dowiedziałem się, że przeciw internowanym we Włodawie toczyło się postępowanie karne w sprawie szkalowania Jaruzelskiego i WRON. Ja wtedy rysowałem dla kolegów z celi, robiłem komiksy o życiu w internie, część rysunków przedostawała się za mury, docierała do mojej rodziny. W celach tworzyliśmy prześmiewcze wierszyki, piosenki. To znikało podczas rewizji. Później próbowano ustalić kto jest autorem, chciano ode mnie pobrać próbkę pisma. Nie zgodziłem się więc powołano grafologa, który analizując moje listy z internowania stwierdził, które rysunki są moją. Ostatecznie nie zostałem pociągnięty do odpowiedzialności, skończyło się na niczym – opowiada rysownik.

W stanie wojennym popularnością cieszyły się satyryczne rysunki Jacka Fedorowicza. Drwił w nich na przykład z wypowiedzi rządzących na temat Lecha Wałęsy, choćby o tym, że jest zwykłym obywatelem. Na jednej z prac Fedorowicza Wałęsa wędkuje. W krzakach natomiast kryją się obserwujący go SB-cy. Fedorowicz rysunek opatrzył podpisem „Zwykły obywatel Lech W. na rybach”. – Satyryczne rysunki Fedorowicza przedrukowywała prasa podziemna, ale początkowo sprzedawała je DESA. Dopiero po jakimś czasie ktoś się zorientował, że to kpiny z władzy – mówi prof. Polak.

Już na początku 1982 r. nieznani sprawcy podpalili samochód Fedorowicza, a sam twórca wspomniał, że było to „dyskretne zwrócenie uwagi artyście, że się źle zachowuje”.

Profesor Polak dodaje, że dla bezpieczeństwa część rysowników nie podpisywała swoich prac. Inni sygnowali je pseudonimami jak np. Mirosław Andrzejewski – Zbirek. – Z internowania w Kwidzynie Andrzejewskiemu udało się uciec podczas widzenia, które odbywało się zbiorowo. Zgoda władz zakładu karnego na kolejne takie widzenia z rodzinami została cofnięta. Na protesty władza odpowiedziała brutalną pacyfikacją internowanych – mówi prof. Polak.

– Kiedy po ucieczce z internowania musiałem się ukrywać tworzyłem satyryczne rysunki, które przekazywałem internowanym w Kwidzynie kolegom, by podnieść ich na duchu – opowiada Mirosław Andrzejewski. Wspomina, że pierwsze satyryczne rysunki podpisywał inicjałami. Pseudonim Zbirek przylgnął do niego dopiero w połowie lat 80. – Kiedy po wyjściu z więzienia (a trafiłem do niego ponownie w 1985 r. za kolportaż ulotek) podjąłem współpracę z prasą podziemną podpisywałem się już jako Zbirek – mówi. Tak zostało do dzisiaj.

Niektórzy rysownicy wbijać władzy choćby drobne szpilki próbowali na łamach oficjalnej prasy. Szczepanowi Sadurskiemu, który poza niesygnowanymi nazwiskiem publikacjami w drugim obiegu rysował m.in. dla „Szpilek” czy „Kuriera Lubelskiego” cenzura zdjęła kilkanaście rysunków. Ale udało mu się także spektakularnie przechytrzyć cenzora. W 1982 r. ilustrował szopkę, która miała pójść w „Kurierze Lubelskim”. Cenzorzy skupili się na treści szopki i nie przyłożyli się do oględzin rysunku. Sadurski na pierwszy rzut oka nie narysował niczego, co by mogło zwrócić uwagę cenzora. Przedstawił kolędników. Tyle, że diabeł był łysolem w ciemnych okularach do złudzenia przypominającym Wojciecha Jaruzelskiego. Gruby anioł z wydatnymi nosem i ustami odpowiadał rysopisowi Jerzego Urbana. Naprzeciw nich szli kot z wąsem przypominającym ten, który wówczas nosił Lech Wałęsa, za nim szedł turoń, czyli Jacek Kuroń, a następnie lis z gwiazdą – to była aluzja przywołująca nazwiska znanych działaczy nielegalnej wówczas „S” – Bogdana Lisa i Andrzeja Gwiazdy. Rysunek poszedł do druku i nie obyło się bez afery. Naczelnego „Kuriera” wzywano do KC, gazeta wylądowała na biurku Jaruzelskiego. I choć wobec 17-letniego wówczas satyryka nie wyciągnięto konsekwencji, to jak opowiadał został ostrzeżony przez nauczyciela, że może za swoją rysunkową działalność zostać wyrzucony ze szkoły z wilczym biletem.

Więcej wspomnień