Galeria sztukiLaskowik i spółka, czyli wirtuozeria aluzji

Laskowik i spółka, czyli wirtuozeria aluzji

Okładka
Okładka "Przeboje kabaretu "TEY", czyli najlepiej nam było przed wojną" / Źródło: Materiały prasowe
Dodano
Gdy kariera wielkopolskich komików rozwijała się w najlepsze, nadszedł 13 grudnia 1981 roku. Co doprowadziło do agonii bijącego rekordy popularności kabaretu?

Adam Adamczyk

Epoka PRL-u była okresem absurdów, kontrastów, zakłamania oraz permanentnego kryzysu, zaś początek lat 80. stanowił jej godne podsumowanie. Duszone socjalizmem polskie społeczeństwo łapczywie chwytało każdy – nawet mocno zawoalowany – powiew normalności i szczerości. Właśnie na to zapotrzebowanie odważnie odpowiedział legendarny kabaret Tey.

Kabaret 17 września

Zaczęło się dość standardowo, od grupki znajomych z uczelni. W tym przypadku od studentów Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu: Zenona Laskowika, Krzysztofa Jaślara i Aleksandra Gołębiowskiego, do których wkrótce dołączyli kolejni zapaleńcy. Dzięki uprzejmości Estrady Poznańskiej, panowie ulokowali się w kamienicy przy ulicy Masztalarskiej, gdzie wkrótce zadebiutowali. Nazwa „Tey” nie była szczególna. Nawiązywała do lokalnej gwary i słowa oznaczającego po prostu słowo „Ty”. Ciekawsza wydaje się data pierwszego spektaklu, przypadająca na 17 września 1971 roku. Wybór dnia kojarzonego ze zdradziecką napaścią Sowietów na Polskę – wydarzenia politycznie wyjątkowo drażliwego w tamtych realiach – umiejętnie zapowiadał linię poglądową artystów.

Początkowo nie było spektakularnych sukcesów, ale kabareciarze konsekwentnie badali teren, poznawali gusta poznaniaków i szukali momentu, aby wypłynąć na szerokie wody. Sprawdzali również jak daleko mogą się posunąć, aby przecisnąć się przez sito cenzury. Z tym był problem, ponieważ wiele zależało od otwartości lokalnego cenzora i tego, czy akurat nie trafiono na służbistę. Po łapach Tey oberwał dość szybko, przed premierą numeru Quo Vadis, Pieron z 1974 roku, nawiązującego do postaci Edwarda Gierka. Jeden donos wystarczył, aby kabareciarze trafili na dywanik działacza PZPR. „Słuchajcie. My tu ciężko na Biurze Politycznym pracujemy, a wy nam w robocie przeszkadzacie. Całe Biuro Polityczne czytało ten tekst i mowy nie ma, żeby mógł się ukazać” – usłyszeli. Funkcjonariusze najmocniej zaczęli prześwietlać Krzysztofa Jaślara. Dlaczego akurat jego? Niewykluczone, że nie istniał żaden konkretny powód, a władza postanowiła po prostu nieco zastraszyć kabaret, przykładnie prześladując losowego kozła ofiarnego. Efekt był połowiczny: zaszczuty Jaślar stopniowo wycofywał się z estrady, ale Tey dalej robił swoje, konsekwentnie zdobywając popularność.

Czytaj także:
„Wszystko wyleci w powietrze!”. Jak górnicy zastraszyli ZOMO

Trampolinę do sławy dla poznaniaków, stanowił bez wątpienia Festiwal w Opolu z 1973 roku. Laskowik i spółka pokonali wtedy bardziej doświadczonych kolegów, w tym faworytów – Salon Niezależnych – zdobywając nieprzyznawaną już nagrodę Złotej Szpilki. Potem wydarzenia potoczyły się już szybko. Popularność rosła, następowały kolejne udane premiery (Czymu ni ma dżymu, Dislus Ursus Super Star), a skład grupy ulegał kolejnym rozszerzeniom. To właśnie w Tey swój marsz ku sławie zaczynały takie figury jak Janusz Rewiński (założyciel Polskiej Partii Przyjaciół Piwa, prowadzący Ale plama! oraz odtwórca popularnego Siary z filmu Kiler), Rudi Schuberth (piosenkarz, prowadzący Śpiewające fortepiany) i wreszcie, Bohdan Smoleń.

Duet na ciężkie czasy

Transfer Smolenia z Krakowa do Poznania, otworzyło nowy – i jak się miało okazać, główny – rozdział w dziejach Tey. Niepozorny z wyglądu satyryk, stanowił idealną przeciwwagę dla pewnego siebie, cwanego Zenona Laskowika. Pierwszy był wygadanym mądralą, drugi cynikiem, który jednym zaskakującym zdaniem lub gestem potrafił wywołać salwę śmiechu. Niektórzy znawcy tematu zauważają, że nawet aparycja obu panów doskonale odpowiadała specyfice tamtego okresu oraz poruszanym tematom. Nieprzypadkowo to lepiej zbudowany, na pierwszy rzut oka silniejszy Laskowik, wcielał się w role bliższe warstwom kierowniczym, czasem wręcz rządowym. Drobniejszy Smoleń był z kolei tym „uciśnionym”, krnąbrnym podwładnym – kimś, z kim łatwo było sympatyzować przeciętnemu widzowi. Prawdopodobnie właśnie to stanowiło brakujący element układanki, którego odnalezienie pozwoliło grupie Tey wejść w swoją złotą erę.

Tak jak w przypadku wielu innych artystów, ten twórczy okres zbiegł się z początkiem lat 80., karnawałem Solidarności i galopującym społeczno-ekonomicznym kryzysem państwa, bezpośrednio poprzedzającym wprowadzenie stanu wojennego. Wtedy to widzowie mieli przyjemność poznać najświetniejsze perełki z repertuaru poznańskiej ekipy. Uznaniem cieszył się spektakl Szlaban z gościnnym udziałem Hanny Banaszak, Ewy Bem i Zbigniewa Wodeckiego. Jednak najszerszym echem odbiło się widowisko pod tytułem S tyłu sklepu.

Maluch na tyłach sklepu

Premiera odbyła się – jakże by inaczej – na Festiwalu w Opolu. Smoleń i Laskowik czuli się jak ryba w wodzie, odgrywając role pracowników typowego (czyt. pozbawionego towarów) sklepu lat 80. Dodatkowego smaczku dodawał epizod Schubertha, grającego postać ociężałego (nie tylko na ciele), ale poczciwego robotnika Bolka. Kabareciarze prześcigali się w wykpiwaniu komunistycznej gospodarki niedoborów. Majstersztyk stanowiło już samo powitanie Laskowika – „Gorąco i sympatycznie witamy sympatyków witamin” – do czego Smoleń natychmiast dorzucił – „Bo o sympatyków białka coraz trudniej”. Swoją drogą, to niesamowite, na ile sposobów komicy potrafili zgrabnie nawiązywać do trudności w zaopatrzeniu, zwłaszcza do przymusowego postu od mięsa. Ułożyli nawet okolicznościową pieśń, bardziej gorzką niż śmieszną w swym wydźwięku:

„Bo my musimy być silni i zdrowi,
Choćby na skrobi, choćby na skrobi,
Bo my musimy być dziś mniej pazerni,
Roślinożerni, roślinożerni”.

Więcej wspomnień